Jak BTS znalazło mnie w Korei, zanim ja znalazłam ich muzykę
Moja historia odkrywania BTS podczas podróży do Korei Południowej.

Wszyscy mówią o powrocie, a ja przyznaję się bez bicia – poznałam ich dopiero w sierpniu. Wtedy, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze słuchy, że znów wrócą do świata muzycznego.
O kim mówię? O BTS.

Świat, którego nie znałam
Jak się zaczęło? Dość zabawnie.
Pojechałam w sierpniu do Korei Południowej i kompletnie nie słyszałam o k-popie. To znaczy wiedziałam, że niektórzy moi uczniowie słuchają tego gatunku, ale nic poza tym. Dopiero na miejscu zobaczyłam, jak ogromne emocje wzbudza ten świat. Akurat byłam w czasie zbliżających się urodzin Jungkooka, więc mogłam obserwować na żywo, co potrafią zrobić fani z całego świata, czyli ARMY.

Kawiarnia czy świątynia?
Z ciekawością dałam się porwać popołudniowo-wieczornym spacerom ścieżkami BTS. Odwiedzałam miejsca związane z zespołem bardziej lub mniej. W Busan wybrałam się do kawiarni prowadzonej przez ojca Jimina (update: teraz mógłby być moim crushem). Po wejściu tam miałam wrażenie, że to jakaś ogromna świątynia. Mnóstwo przeróżnych bibelotów od fanów z całego świata (w tym z Polski!). Wydawało mi się to nierealne, żeby jakikolwiek zespół na świecie był aż tak czczony. Nie mogę tego inaczej nazwać.

Urodzinowe szaleństwo
W Seulu odwiedziłam już trochę więcej miejsc i tam na każdym kroku widziałam bilbordy, plakaty, schody, ścianki i setki zakamarków, gdzie życzono jednemu z wokalistów „Happy Birthday”. Czyste szaleństwo! Łącznie z budką telefoniczną, w której na karteczce można było zostawić życzenia urodzinowe (oczywiście, że też zostawiłam). Byłam również w miejscu, gdzie kiedyś zespół jadał kanapki. Moje wrażenia? Kolejna urocza świątynia.

Wróciłam… i co?
Wróciłam do Polski… i wkręciłam się.
Zaczęłam słuchać ich piosenek. Nie tylko zespołowych, ale też solowych.
Oglądałam ich występy na YouTubie. Poziom tańca i show, które robią na scenie to dla mnie absolutny majstersztyk! Aż się nie chce wierzyć, że to wciąż istoty ludzkie.

To już nie była tylko muzyka
Mija pół roku, a ja dalej słucham BTS. Obserwuję ich poczynania i oglądałam na Netfliksie ich występ na żywo przed pałacem Gyeongbokgung, w którym tam niedawno sama byłam. Film dokumentalny „BTS: Powrót” pozwolił mi ich trochę lepiej poznać. Zobaczyć w nich normalnych, trochę przestraszonych tym, co się dzieje chłopaków z mojego pokolenia. Ludzi, którzy nie spodziewali się takiej sławy i wciąż nie dowierzają w to, co się dzieje, mają wątpliwości, boją się i nie zawsze do końca ze sobą zgadzają, choć jak twierdzą, są dla siebie jak druga rodzina.
Arirang – tęsknota za… autentycznością

Po pierwszym odsłuchaniu najnowszej płyty „Arirang” nie do końca wiedziałam czy mi odpowiada, czy nie. Była zupełnie inna niż to, co przez pół roku zdążyłam poznać. Zaskoczyło mnie, że dużo więcej jest tekstów po angielsku. Właściwie dopiero od obejrzenia tego wspominanego wyżej dokumentu, zaczęłam słuchać tej płyty z większą uważnością i zastanawiać się nad sensem słów.
Efekt? Słucham ich niemal codziennie (zwłaszcza podczas jazdy samochodem).
Ulubiony utwór? Łatwiej byłoby wymienić ten, który mi się nie podoba.

Pora na inspirację
Dlatego dziś o nich piszę. Bo nie są już dla mnie tylko zespołem, którego miło się słucha. Nie chodzi też o to, że aż chce się tańczyć do ich utworów.
Są dla mnie przede wszystkim inspiracją. Śpiewają i mówią o tym, co trudne, o swoich emocjach i życiu kogoś, kto zapomniał, jak wygląda normalne życie.
Przy swoim powrocie, postawili trochę wszystko na jedną kartę. Zaryzykowali, by pokazać, że można się zmieniać i wracać już jako ktoś inny.
Pokazali siebie na nowo i autentycznie, co było aktem największej odwagi.
Nawet jeśli nie wszyscy to zrozumieją.
Cenna lekcja dla wszystkich, którzy wciąż są jeszcze po drugiej stronie lęku.





