Justyna Steczkowska w Planetarium w Chorzowie – muzyka, która prowadzi do wnętrza
Koncert Justyny Steczkowskiej „Maria Magdalena” w Planetarium w Chorzowie to coś więcej niż tylko muzyka i wizualizacje. O ile naprawdę szanuję i kocham całokształt twórczości Justyny, o tyle ta część jej artystycznej duszy jest mi najbliższa.

Muzyka, która wraca i zostaje
Projekt „Marii Magdaleny” poruszył mnie już lata temu i został ze mną do dziś. Pierwotnie został wydany pod pseudonimem. To kolejna, po „Animie”, bardzo enigmatyczna i duchowa odsłona tej Artystki i jej wrażliwości.
Podczas koncertu wykonała wszystkie utwory z tej płyty, choć niektóre były lekko odmienione. Przeplotła je również kilkoma piosenkami z „Animy”, za co jestem niesamowicie wdzięczna. Mogliśmy usłyszeć „Nie jestem tym, kim byłam”, „Wybaczcie mnie złej” czy „Pryzmat”.
W półmroku
Tym, co najmocniej mnie poruszyło, był minimalizm. Justyna stała w półmroku przez cały koncert. To nie ona miała być centrum – była raczej łączniczką dźwięków, obrazów, wszechświata z nami i naszym wnętrzem.
Podobnie ustawiony był zespół – za nią, jakby w cieniu, prowadząc nas swoją grą w świat ukazywany na ogromnym sklepieniu planetarium.
Podróż przez wszechświat
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie wizualizacje autorstwa Witolda Opiełki – idealnie dopasowane nie tylko do utworów, ale też do ich rytmu, pulsu i pojedynczych dźwięków.
Wpatrywałam się w sklepienie, jakbym naprawdę leżała gdzieś na ziemi i obserwowała gwiazdy oraz zmiany zachodzące na niebie. Za chwilę zanurzałam się w morskiej toni albo obserwowałam rozkwitający świat.
Rytuał dźwięku i ciszy
Całość przypominała rytuał oczyszczenia. Można było odpocząć od nadmiaru bodźców, świateł i ciężkiej muzyki, skupiając się jedynie na patrzeniu w gwiazdy i rozkoszowaniu dźwiękami, w których ogromną rolę odgrywały smyczki i harfa.
Do tego piękne, niemal nieziemskie wokalizy Justyny przyprawiały o dreszcze i łzy wzruszenia. Są momenty, w których jej głos przestaje być głosem – staje się przestrzenią, w której coś się we mnie porusza, czego nie potrafię nazwać. Ten koncert był właśnie takim doświadczeniem.
Medytacja wdzięczności
Po koncercie odbyła się jeszcze medytacja. Justyna, przy akompaniamencie kryształowych mis i handpana, zaśpiewała dwie mantry. Dzieliła się również swoją wewnętrzną przemianą i słowami, które zostaną ze mną na dłużej.
Przy medytacji wdzięczności nie byliśmy w stanie przestać śpiewać, a z wielu oczu popłynęły łzy wzruszenia.
Subiektywne doświadczenie
Z mojej, zupełnie subiektywnej perspektywy, był to także bardzo oczyszczający energetycznie czas. Czułam dosłownie przepływ energii przez moje dłonie, jakby coś między nimi miało ciężar i kształt. Coś, co do tej pory zdarzało mi się jedynie podczas osobistych medytacji.
Mimo że ciało nie nadążało za intensywnością emocji i moją wrażliwością, i momentami się spinało, z czasem poczułam, jak wszystko zaczyna odpuszczać. W miejscu napięcia pojawiła się wdzięczność — cicha i spokojna, jakby wszystko na chwilę wróciło na swoje miejsce.
Mały dysonans
Była tylko jedna, drobna rzecz, która lekko zaburzyła odbiór tego doświadczenia. Nie dotyczyła ona jednak wykonawców, muzyki ani wizualizacji.
Czasami po prostu zdarza się publiczność, która nie do końca jest gotowa na podróż w głąb siebie. Nie wszystko potrzebuje być widoczne, żeby było prawdziwe.