Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Twórczość

W studiu Diego Navarro

Posted on 2026-05-072026-05-07

W studiu kompozytora

– o muzyce, emocjach i powrocie do siebie

Ten tekst nie powstał wtedy, kiedy powinien. Tak przynajmniej długo myślałam. Bo wtedy się to wszystko wydarzyło. Był to jednak czas, gdy byłam od siebie zbyt daleko. Moja wrażliwość i kreatywność uśpiły się na dłuższy czas. Nie pisałam i nie tworzyłam. Moje życie koncentrowało się na typowym schemacie – praca-dom-praca. Dusza próbowała się przedrzeć, dać o sobie znać, ale nie do końca skutecznie. 

To był mój drugi raz na Teneryfie. Tym razem była to stolica wyspy – Santa Cruz de Tenerife. Spędziłam tam cały tydzień. Byłam w pięknym miejscu, ale nie do końca osadzona w sobie.

Spotkanie w Santa Cruz de Tenerife

Któregoś dnia zostałam zaproszona przez Diego Navarro do jego studia. Niesamowicie ciężko było nam zsynchronizować swoje terminarze, ale w końcu się udało. Jednego późnego popołudnia wybrałam się do wskazanego przez niego miejsca. Miałam tam bardzo blisko, bo mieszkałam w samym centrum stolicy.

Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy stanęłam przed domofonem. Czułam, że spotka mnie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Ekscytacja mieszała się z lękiem.

Święta przestrzeń

Jego studio nie było ogromne. Z perspektywy czasu ciężko przypomnieć sobie detale, ale wiem, że w pierwszej części znajdowało się mnóstwo plakatów, statuetek i różnych bibelotów związanych z nim samym i światem muzyki filmowej. Takie żywe muzeum, w którym można było przyjrzeć się artyście i jego życiu. 

Drugie pomieszczenie to było centrum dowodzenia. Święta przestrzeń kompozytora. Było tam mnóstwo monitorów, głośników, pianino oraz sporo urządzeń i sprzętów, których pewnie nie potrafię nawet nazwać. Znajdowały się tam też plakaty z filmów, do których skomponował muzykę. 

Do dziś pamiętam uczucie onieśmielenia, które towarzyszyło mi po przekroczeniu progu tego miejsca. Zatrzymałam się, bo czułam, jakby ciało potrzebowało sekundy więcej, by móc tam wkroczyć. To było miejsce, gdzie mogłam zobaczyć nie tylko efekty pracy, ale również cały proces bycia artystą. Tam pojawiały się pierwsze dźwięki i emocje. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałam go o to, co jest trudniejsze – sam proces tworzenia, czy puszczenie tego w świat. Kojarzę, że się przy tym pytaniu na moment zatrzymał… Byłam ogromnie ciekawa tego, co się dzieje w jego głowie i jakie krążą wówczas myśli. Onieśmielało mnie to, jak bardzo chciałam to zrozumieć.

Muzyka przepływająca przez ciało

Dostąpiłam wtedy zaszczytu, by posłuchać czegoś, co wtedy jeszcze nie ujrzało światła dziennego. Po raz pierwszy mogłam wsłuchać się w muzykę w profesjonalnym studiu z najlepszej jakości głośnikami, w których dźwięk był czysty i przestrzenny. Nie zapomnę tego uczucia. Całe moje ciało przeszywały dreszcze, bo Diego w tej kompozycji wykorzystał dużo smyczków i chóru – dwa elementy, które zawsze wywołują we mnie takie samo poruszenie. Przymknęłam oczy. Siedziałam nieruchomo, choć moja noga mimowolnie wybijała rytm. Nawet nie próbowałam analizować tego, co słyszę. Moje ciało i serce rozumiało szybciej niż głowa. 

Zaskoczyły mnie też słowiańskie motywy w jego twórczości. Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Próbował mi opowiedzieć film bez zdradzania zbyt wiele, ale tak, by łatwiej było mi zrozumieć motywy muzyczne, które skomponował. Potrafiłam oczami wyobraźni zobaczyć sceny, o których opowiadał. 

To spotkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć artystę w swoim świętym miejscu. Tam, gdzie wszystko się rodziło i było doprowadzane do perfekcji. Miałam wrażenie, że na chwilę weszłam do jego świata. Czułam emocje, jakie towarzyszą człowiekowi, który wie, że lada moment jego twórczość pójdzie w świat i będzie zmuszony to puścić. Zobaczyłam człowieka, który słowami potrafi opisać to, co czuje, komponując muzykę. Poznałam opowieść, którą chce przekazać światu poprzez dźwięki. 

Zostanie ze mną na wieki

Po czym w ogóle rozpoznaję, że to spotkanie było dla mnie wtedy ogromnie poruszające i inspirujące, mimo że wówczas nie mogłam znaleźć w sobie siły i odpowiednich słów, by je odnaleźć? Przede wszystkim wciąż je pamiętam, choć wiadomo – nieszczegółowo. Po drugie, następnego dnia rano, gdy obudziłam się o wschodzie słońca, wyszłam na balkon w swoim hotelowym pokoju i napisałam wiersz. Tak po prostu, wpatrując się w ocean i wschodzące słońce. To był przypływ, który musiał znaleźć swoje ujście. 

Dziś rozumiem, że ten moment zaczął coś we mnie na nowo otwierać. Ten tekst mógł powstać dopiero teraz. Może dlatego właśnie potrzebowałam usłyszeć od Diego – spróbuj sobie jeszcze raz wyobrazić tę sytuację i co wtedy czułaś, ale z dzisiejszej perspektywy i tego jak jest teraz. Tak zrobiłam.

Dziękuję Maestro. 

Nie mówię już szeptem – moja historia

Posted on 2026-04-112026-04-11

Nie mówię już szeptem – moja historia

Jak to się zaczęło?

W lipcu (po powrocie z Hiszpanii) i rozmowach z moimi przyjaciółmi, dotarło do mnie, że potrzebuję i chcę pisać. To wtedy opisałam koncert „Gladiator in Concert” w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej Fimucite na Teneryfie.

Przeczytaj tutaj o tym koncercie

Tak od serca, prosto z duszy, bez technicznego żargonu i zmuszania się do wydumanych zwrotów. Przede wszystkim zależało mi na ukazaniu emocji oraz uchwytywaniu tego, co nieuchwytne gołym okiem. 

Do tej pory miałam z tym problem. Wydawało mi się, że ludzi cieszą głównie obrazki i ruchome elementy. Wobec tego moje słowa będą ciężkie w odbiorze. Takie miałam przekonanie. Może jest w nim odrobina prawdy. 
Natomiast kompletnie wtedy nie dopuszczałam myśli, że istnieją ludzie, którzy mają podobnie. Co ważniejsze tacy, którzy sami nie potrafią nazwać pewnych emocji czy doznań. 

Wróciłam do pisania książki. Wpadłam na nowy pomysł i zostawiłam w tyle przekonanie, że to musi być dla każdego. Chciałam robić to, co czuje i by wychodziło z poziomu serca. 

W listopadzie dotarło do mnie, że przez pozostałe jesienne miesiące zapomniałam o tej prostej prawdzie. Działałam z przymusu i nic mnie nie cieszyło. Doszłam do ściany. Miałam dwa wyjścia – albo coś z tym zrobię, albo się rozpadnę.

Czuły Krąg Pisarski

Mniej więcej od grudnia natknęłam się w internecie na konta dziewczyn z Czułego Kręgu Pisarskiego. Z początku nie do końca wiedziałam o co chodzi i co one tak naprawdę robiły. W końcu trafiłam na założycielkę, Agę Pankau i się dowiedziałam. 

Postanowiłam sobie z końcem roku, że od stycznia do nich dołączam na próbę. Miał to być tylko miesiąc i miałam dać sobie z tym spokój. Chciałam pisać moją książkę, ale na tamtym etapie nie miałam zamiaru się nią z nikim dzielić.

Pierwsze spotkanie na tzw. sesji skupienia i dziewczyny żywo rozmawiały o opowiadaniach do antologii. Pomyślałam sobie, że jestem kompletnie zielona i nie będę się tym interesować.
Miałam inny problem. One bardzo chciały zobaczyć jak piszę, a ja nie byłam gotowa, by zdradzać cokolwiek na temat tamtej książki.
Na szczęście przyszedł do mnie zupełnie inny pomysł (ale o tym przy innej okazji).  

Natchnienie

Nie pamiętam jak to się stało, że Aga mi zaproponowała, żebym coś do tej antologii napisała. Pomyślałam, że spróbuję, chociaż nie miałam na to pomysłu. Nie lubię krótkich form, w których trzeba się ograniczać.
Nagle mnie natchnęło i otworzyłam plik, w którym wrzucałam wszystkie moje przemyślenia podczas pisania książki, o której wspominać na razie nie umiem. Było tam dużo o moim procesie pisania i mnóstwo przemyśleń dotyczących tworzenia oraz otwierania się na nie. 

To było jak bingo. Wybrałam niektóre fragmenty i wkleiłam do nowego pliku. Pomyślałam jednak, że taki monolog z pewnością nie będzie ciekawy i wypadałoby zbudować dookoła niego historię. Pojawiły się w mojej głowie postacie Sofii i Rozalii. Wspomnę tylko, że bardzo lubię nadawać bohaterom imiona, które w jakiś sposób do nich należą. 

Początkowa scena szybko stała się moją ulubioną. Opisałam w niej świat, który przewija się u mnie nieustannie. Łapię się na tym coraz bardziej świadomie, ale nie czuję potrzeby zmiany. Może z czasem stanie się to elementem charakterystycznym moich tekstów? Kto wie…

Zbliżał się mój długi wyjazd do Azji i wiedziałam, że nie mam dużo czasu. Musiałam się zdecydować na wysłanie Adze tekstu takim, jakim na tamten moment był. Nie wiedziałam kompletnie czy jest on wart antologii. Świadomie nie czytałam pozostałych tekstów dziewczyn. Oprócz tekstu Klaudii, który zasiał we mnie wątpliwości – czułam, że moje opowiadanie jest przy nim małe.

Pierwsza redakcja

Wróciłam z podróży. Na oparach emocji i przeżyć ciężko było mi przejść do szarej, zwykłej rzeczywistości. Tym bardziej, że Aga odesłała mi tekst po pierwszej redakcji. Pomyślałam sobie, że ja w tym emocjonalnym wirze nie będę w stanie siąść spokojnie przed laptopem i uporać się z jej wskazówkami. Już nawet pytania zadane przez nią w mailu zwrotnym, wydawały mi się wyzwaniem nie do przejścia. 

Dałam sobie kilka dni i usiadłam do tekstu. Adze też zależało, żeby uporać się z tym do jakiegoś konkretnego czasu. Nie pamiętam czy był to tydzień, czy więcej. To było moje pierwsze zderzenie z redakcją. W samym tekście nie było dużo jej komentarzy, co sprawiło, że jednak odetchnęłam z ulgą. To była głównie kwestia uporania się z kluczowymi pytaniami. Czułam, że pójdzie z górki.

Tak faktycznie było. Musiałam się zastanowić czy zostawić obie bohaterki, uporządkować trochę ich relacje, sprawić, by to był prawdziwy dialog, a nie głównie monolog Sofii. Dodatkowo Aga uważała, by klimat, który zarysowałam na początku historii, zostawić do samego końca. Miała nosa, bo uważne czytelniczki zwróciły uwagę na to dodatkowe tło, które wcale nie było tylko nic nieznaczącym dodatkiem.

Self-publishing

Potem zaczęło się istne szaleństwo. Nie uświadamiałam sobie wcześniej, że my to chcemy same wydać. A może inaczej – w życiu bym nie pomyślała, że z samodzielnym wydaniem jest tyle roboty. Wydawało mi się, że to kwestia mieć tekst, wrzucić w jakiś program i reszta sama się zrobi. 
Nic bardziej mylnego. Były korekty, skład, projekty okładek, grafik, kontakt z drukarnią, szukanie recenzentek i patronek, cała strategia promocji, sprzedaży – czułam się w tym niesamowicie zagubiona. Zwłaszcza, że każdym tym elementem zajmowała się któraś z dziewczyn, a ja nie bardzo umiałam znaleźć tam czegoś, w czym mogłabym się okazać pomocna. 

Pomagałam jak umiałam. Zbierałam cytaty, zasugerowałam dwie patronki, publikowałam różne posty, udostępniałam i zadeklarowałam się, że pomogę wszędzie tam, gdzie tylko będę w stanie. Końcówka lutego i marzec przeleciały mi w mgnieniu oka. Były dni, że nie wiedziałam jak się nazywam, bo oprócz tego, miałam jeszcze sporo zajęć w pracy. 
Jednak w końcu udało i jestem niesamowicie dumna z tego projektu.

Książka „Nie mówię już szeptem”

21.03.2026 roku (mniej więcej, bo przy tak szalonym tempie różne rzeczy nam się po drodze wywalały) wydałyśmy antologię opowiadań „Nie mówię już szeptem”. 
Pojawiło się tam 13 tekstów każdej z nas na temat odzyskiwania własnego głosu. Każda autorka podeszła do tematu zupełnie odmiennie, każda miała inny styl i sposób na przedstawienie tego tematu, co stało się dla mnie wartością nadrzędną. Przestałam się porównywać, bo wiedziałam, że się nie da. Owszem, motyw był wspólny, ale każda z nas opowiedziała swoją historię w sposób, który był jej najbliższy. Pokazałyśmy fragment siebie i swojej twórczości takim, jakim jest. 

Aga jako nasza redaktorka wcale nie próbowała tego zmieniać, dopasowywać czy wygładzać. Żadna z nas nie została odarta ze swojego stylu. Książka budzi wiele emocji – od złości czy lęku, przez smutek i radość. Wszystko zależy od opowiadania, a co ważniejsze – od czytelnika i tego, z czym do tej pory musiał się mierzyć. Jedne teksty są mu bliższe, bo opowiadają o jego własnych problemach. Inne mogą być nawet niewygodne i nieść ze sobą bunt, bo dotykają tej części duszy, która nie dopuszcza jeszcze do siebie powagi sytuacji.

Moim marzeniem (i dziewczyn z Kręgu zapewne też) byłoby dotrzeć do jak największej liczby osób (zwłaszcza kobiet), bo wiemy jak silny ładunek emocjonalny niesie ta książka i jak reagują na nią nasze patronki i recenzentki, a także my same. Może być tak, że któraś historia będzie historią, która wydarzyła się w naszym życiu. Dotknie nas do żywego, ale pokaże też nadzieję. To chyba w tym najważniejsze. 

Możecie zakupić naszą książkę w formie ebooka tutaj:

KUP EBOOKA

A jeśli jeszcze macie wątpliwości, zachęcam do poznania opinii na temat książki:

OPINIE NA LUBIMYCZYTAĆ.PL
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.