Po co my to sobie robimy?

Przedświąteczna presja
Przeświąteczny czas jakoś niesłusznie kojarzy mi się z ogromną presją zewsząd.
Już na miesiąc przed wszędzie piosenki świąteczne, światełka, ozdoby, promocje. Pieniądze znikają z kieszeni jak oszalałe, a człowiekowi brakuje czasu na to, by po prostu sobie usiąść z kubkiem gorącej herbaty.
Wszędzie akcje charytatywne, zbiórki pieniędzy, konkursy świąteczne, wyprzedaże, prześciganie się w pomysłach na dekoracje i sprzątanie.
W świecie przebodźcowania
Ludzie wzajemnie się nakręcają, dopytują, czy już wszystko przygotowane. Każdy jest tak przebodźcowany i zapracowany, że zamiast serdeczności, pluje jadem na prawo i lewo. Nie dlatego, że jest złym człowiekiem, po prostu nie wytrzymuje tej presji.
Stawiamy sobie ogromne wymagania i oczekujemy, że wszystkiemu podołamy w ciągu tych ostatnich tygodni. Oczywiście dochodzi do tego wielkie podsumowywanie roku, planowanie następnego i wszystko, co z tym związane.
W jednym praktycznie miesiącu trzeba kupić prezenty, jedzenie, popłacić rachunki (często właśnie wtedy nakładają się wszystkie możliwe wydatki), ale brniemy w to, bo każdy chce się wykazać i przede wszystkim pokazać jak wszystko ogarnia.
Kiedy magia świąt traci blask
A potem nadchodzi ten magiczny czas świąt i… jesteśmy zbyt zmęczeni, by się tym prawdziwie cieszyć. Nie mamy już nawet sił siedzieć przy tym świątecznym stole, a potrawy patrzą na nas z politowaniem. Pragniemy bliskości i wspólnych chwil z bliskimi, ale jak to zrobić jak przed świętami ciągle były tylko kłótnie, wkurzanie się na siebie i brak czasu. Nawet na to brakuje energii…
Po co my to sobie robimy?
I przychodzę z pytaniem, które sama sobie zadaję, ale może też i Wam się przyda: po co my to sobie robimy? Rok w rok, zawsze tak samo. Obiecujemy sobie, że za rok już się w to nie damy wciągnąć, odpoczniemy, zadbamy o siebie, a potem… no właśnie.