Angkor Wat – między historią a ciszą


Angkor Wat – historia zapisana w kamieniu
Świątynia Angkor Wat była na mojej liście miejsc, które marzę zobaczyć. Już patrząc na zdjęcie, miałam pewność, że przebywanie w tamtym miejscu przyniesie mi dużo niezwykłej energii. O tym jednak za chwilę.
Angkor Wat jest uważana za największy kompleks świątynny na świecie (ponad 160 hektarów). Powstała w XII wieku (w tym samym czasie co Katedra Notre-Dame w Paryżu) i początkowo była świątynią hinduistyczną poświęconą bogu Wisznu.
Z czasem przekształcono ją w miejsce kultu dla buddystów i do dziś można obserwować tam pielgrzymów modlących się przed postaciami hinduskich bogów i Buddy.
Jej konstrukcja odpowiada górze Meru – mitycznemu centrum wszechświata – a pięć centralnych wież symbolizuje jej szczyty. Ściany świątyni pokrywają płaskorzeźby przedstawiające sceny z dwóch najważniejszych eposów hinduskich – Ramajany i Mahabharaty, mitologii indyjskiej oraz historii kraju.
Ciekawostką jest to, że Kambodża jako jedyna ma na swojej fladze właśnie Angkor Wat – symbol narodowej tożsamości i dziedzictwa Khmerów.

Co dzieje się po przekroczeniu bramy
Jednak żaden z faktów nie przygotuje Was na to, co wydarzy się po przekroczeniu ogromnej fosy i przejściu przez pierwsze wrota świątyni.
Będąc w Angkor Wat czułam nie tylko ogromną ekscytację i radość, ale również przypływ inspiracji. Po wizycie w niej pojawił się we mnie strumień świadomości, którym chcę się z Wami podzielić.

Strumień świadomości
I czasami jest tak, że wchodzisz na terytorium jakiejś świątyni i czujesz spokój. Czujesz energię tego miejsca. Dawne ludzkie odbicia stóp, oddechy. Czujesz, jak to miejsce niegdyś tętniło życiem.
Jak obecność Boga była w każdym zakamarku. Jak ludzie przychodzili tu z radością, ale też ze smutkiem. Zostawiali swoje troski i dzielili się szczęściem.
Dotykasz kamieni, które kiedyś były nowe. W których dopiero wyryto pierwsze obrazy. Czujesz to miejsce całą sobą.
Energia rozpiera cię od środka i nie wiesz, skąd to wszystko się bierze. Nie wiesz, jak powstało i jakim cudem zostało stworzone. Ale możesz tam stać. Patrzeć. Oddychać.
Spoglądać na postacie bogów i ludzi. Na życie zapisane w kamieniu. Stąpać bosymi nogami po najbardziej intymnych miejscach świątyni. Po miejscu spotkania z czymś niewidzialnym, a jednak wyczuwalnym nawet po tylu latach.
To przeżycie trudno opisać. Zdjęcia go nie oddają. Słowa nie są w stanie w pełni przenieść tych emocji.

A może jednak…
A może jednak się da?
Może mam do tego dar? Może właśnie po to znalazłam się na świecie – by łączyć to, co kiedyś było, z tym, co jest teraz? By przypominać, że każdy z nas może poczuć. Że możemy stać się żywą obecnością. Że nie musimy walczyć ani ze sobą, ani ze światem.
Być może znalazłam już odpowiedzi na te pytania i za jakiś czas podzielę się efektem.
Póki co – może warto na moment się zatrzymać. Przecież każdy z nas nosi w sobie taką świątynię.