Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

muzyka filmowa

FIMUCITÉ 20 Red Carpet Gala – PL

Posted on 2026-07-242026-07-24

FIMUCITÉ 20 Red Carpet Gala

 Prawdziwe przebudzenie emocji

Koncert, który zostanie w mojej pamięci już prawdopodobnie do końca życia. Foyer Auditorio de Tenerife zamieniło się w hollywoodzki czerwony dywan ze ścianką. Podczas koncertu wybrzmiały same oscarowe utwory z okazji 20. edycji FIMUCITÉ. Sam dyrygent i zarówno dyrektor festiwalu, Diego Navarro wybrał na tę okazję elegancki, biały smoking. Nic tu nie było przypadkowe.

Pierwsze uderzenie emocji

Na wielkie otwarcie koncertu wybrano trzy utwory z „Ben-Hura”. I jak tutaj nie poczuć ekscytacji, gdy na samym początku dostaje się mocne uderzenie trąbek z „Fanfare to Prelude”? No jak?! Poziom dopaminy w moim organizmie rósł z każdym kolejnym taktem. 

Jednak prawdziwa magia zaczęła się od małej, orientalnej części. Ktoś, kto mnie zna, zapewne już wie, że nie ma dla mnie nic na tym świecie bardziej fascynującego niż Orient. Właśnie wtedy po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, jak ogromny wpływ na Diego miała muzyka Wschodu. Fascynują go dźwięki i instrumenty, które tworzą charakterystyczne wschodnie brzmienie. 

Tam, gdzie zaczyna się moje sacrum

Na pierwszy ogień pojawił się „Theme” z „Ostatniego cesarza”. To właśnie wtedy po raz pierwszy tego wieczoru doświadczyłam gęsiej skórki, która rozchodziła się po całym moim ciele od głowy, przez kręgosłup, ręce i nogi. Na myśl przyszło mi tylko jedno: „To jest moje sacrum”. Nikt nie odbierze mi radości z przeżywania muzyki właśnie w taki sposób. To, co jeszcze mnie dodatkowo zachwyciło to mikroruchy, które wykonywał lewą ręką Diego, pokazujące delikatne, azjatyckie ćwierćtony.

W tej części zachwycił mnie również utwór „Pi’s Lullaby” z „Życia Pi”, który z kolei jest jeszcze bliższy mojego sercu ze względu na typowo indyjskie brzmienia. Do tego na scenę wyszła solistka Aborá Cel, która przykuła moją uwagę pięknym, różowym sari. Jej delikatnemu, otulającemu głosowi towarzyszyły orientalne instrumenty jak np. indyjski flet zwany bansuri, na którym zagrał Juani Cantero czy tanpura, będąca z kolei instrumentem strunowym, na której zagrał Gonzalo De Araoz Vigil. To wszystko sprawiło, że zostałam niemalże wprowadzona w stan nirwany. Myślę, że nie tylko ja, bo po tym utworze, publiczność Auditorio podniosła się ze swoich miejsc po raz pierwszy. Owacjom nie było końca, a w trakcie całego koncertu było ich bodajże siedem!

Łzy szklące się w oczach

Myślałam, że druga część koncertu utrzyma poziom, ale nic bardziej mylnego! Emocje z każdym kolejnym utworem rosły, a widownia coraz częściej wstawała, by nagrodzić gromkimi brawami. Miałam gęsią skórkę tak wiele razy, że za każdym kolejnym zastanawiałam się jak to w ogóle możliwe. A do tego utwory, które dosłownie wycisnęły łzy wzruszenia z moich oczu jak np. „When You Believe” z „Księcia Egiptu”.

Zaczęło się już tak naprawdę od kilku zdań Diego, który opowiedział o tym jak tekst utworu bardzo oddaje to, co działo się przez te wszystkie festiwalowe lata. Myślę, że po tych słowach każda osoba na widowni wsłuchała się w nie jeszcze bardziej. Być może poczuła, że naprawdę warto wierzyć w marzenia, niezależnie od tego, co się dzieje. Niesamowite głosy Cristiny Ramos i Estefanii Rodriguez za każdym razem wywoływały we mnie nową dawkę emocji. Jednocześnie cudownie było patrzeć jak dobrze czują się na scenie i w tym utworze. 

Wzruszenie pojawiło się również przy suicie z „Zakochany Shakespeare”. Obecność na widowni samego kompozytora Stephena Warbecka, okazała się naprawdę miłym dodatkiem. Miałam możliwość poznać Stephena i to naprawdę życzliwy i bardzo wesoły człowiek.

Kolejna fala silnych emocji ścisnęła moje gardło, gdy na scenie wybrzmiały utwory z „Titanica”. Są historie, które nawet po wielu latach nie tracą swojej siły. Dlatego właśnie „Titanic” porusza każdego niezależnie od wieku, upływu czasu i okoliczności. A Chór Filmowy Teneryfy wprowadził tu jeszcze więcej napięcia emocjonalnego, które znowu sprowokowało łzy w kącikach moich oczu. 

Eksplozja emocji

Jednym z utworów, który poruszył mnie szczególnie był „Flying Theme” z „E.T.”. Być może sama melodia nie wywołałaby we mnie takie wzruszenia, gdyby znowu nie krótki storytelling Diego tuż przed nim. Jego słowa pozwoliły mi zobaczyć małego chłopca, który z zachwytem ogląda film i daje się dotknąć jego muzyce do głębi. Po tych słowach rozpłynęłam się we wspomnieniach swoich dziecięcych marzeń.

Były również utwory, które dostarczyły mi nieco innych emocji. Były mocne, majestatyczne i pełne niewyobrażalnej, hipnotyzującej wręcz magii. Pierwszym z nich była suita z „Władcy Pierścieni”, w której mocne dźwięki przeplatały się z cudownym głosem chóru i niesamowitego Ciro Moreno. Jego obecność na scenie miała w sobie coś niezwykle szczerego i rozczulającego.

Usłyszeć oddech dyrygenta

Prawie na sam koniec chciałam też wspomnieć o utworze z filmu „Purpurowe skrzypce”. Muszę jednak zaznaczyć, że to bardzo trudne i specyficzne dzieło do słuchania, a co dopiero zagrania czy dyrygowania. Obserwowanie skupienia solisty Javiera Comesaña, Orkiestry Symfonicznej Teneryfy i samego dyrygenta Diego Navarro doprowadziło mnie samą do wielkiego napięcia. Dało się je wyczuwać niemalże w każdym takcie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że słyszę nie tylko orkiestrę. Dochodził mnie również oddech Diego, za którym podążali muzycy jak jeden organizm. Pojawiał się i znikał tuż przed kolejnym wejściem, jak przypływ i odpływ oceanu. Myślę, że obecność na sali kompozytora Johna Corigliano wcale nie ułatwiała tego zadania. Natomiast spisali się znakomicie i otrzymali po tym utworze najdłuższe owacje (pomijając te końcowe). Aż sama poczułam wtedy ulgę.  

Zwieńczeniem koncertu nie mogło być nic innego jak „Duel of the Fates” z „Gwiezdnych Wojen”. To zdecydowanie muzyka Johna Williamsa ukształtowała Diego Navarro jako kompozytora i dyrygenta. I tu właśnie nastąpiła dla mnie prawdziwa kulminacja. Chór w tym utworze był tak zachwycający i przerażający jednocześnie, że czułam ich dźwięki rezonujące po całym moim ciele. Jak doszła do tego jeszcze muzyka – eksplozja!

Diego Navarro dołożył wszelkich starań, by utwory wbiły mnie (i publiczność zapewne też) w fotel. Rozpętały całą lawinę uczuć, które rozpędzone, jak fale oceanu doprowadziły mnie ostatecznie do erupcji, niczym wulkan. Prawdziwe przebudzenie emocji.

Dobrze, że ma wokół siebie ludzi, którzy tak mu pomagają i dbają o każdy najmniejszy szczegół od muzyków, realizatorów dźwięku i oświetlenia, po wszystkich z obsługi, którzy choćby w najmniejszym stopniu dokładają cegiełkę do tego niewyobrażalnie poruszającego wydarzenia. 

Dwadzieścia lat FIMUCITÉ to nie tylko historia festiwalu. To tysiące emocji, które przez te wszystkie lata znalazły drogę do kolejnych ludzi. I po tym koncercie wiem jedno – jestem jedną z nich.

„Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja” film z muzyką na żywo

Posted on 2026-07-212026-07-21

„Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja”
film z muzyką na żywo podczas FIMUCITÉ

Muzyka silniejsza niż obraz

Choć dla wielu fanów sagi może to zabrzmieć zaskakująco, dopiero podczas tegorocznego FIMUCITÉ po raz pierwszy obejrzałam „Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja”. Chyba nie mogłam wyobrazić sobie lepszego pierwszego spotkania z tą historią niż pokaz filmu z muzyką wykonywaną na żywo.

Spojrzenie skierowane na scenę

Jednak tego wieczoru to nie film przyciągał moją uwagę najbardziej. Siedząc na środku widowni, jednym spojrzeniem obejmowałam zarówno ekran, jak i orkiestrę. Co chwilę łapałam się na tym, że odruchowo odwracałam wzrok od galaktyki stworzonej przez George’a Lucasa i spoglądałam na scenę.

Kilka lat temu miałam okazję po raz pierwszy zobaczyć Eímear Noone podczas Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Zachwyciła mnie wtedy jej charyzma, energia i naturalna radość z dyrygowania. Później poświęciłam jej nawet osobny tekst, bo miałam poczucie, że jest artystką, o której warto opowiedzieć więcej.

VIDEO GAMES MUSIC GALA – FMF 2018
EíMEAR NOONE

Tym razem patrzyłam na nią już nieco inaczej. Nadal przypominała charyzmatyczną czarodziejkę, ale jeszcze bardziej imponowała mi precyzja, z jaką prowadziła orkiestrę przez tak długi czas trwania filmu.

Niewidoczna precyzja

Dzięki doświadczeniu, które zbieram, zaczęłam dostrzegać nie tylko emocje, ale również ogrom pracy, która kryje się za pozorną lekkością takich koncertów. Film z muzyką na żywo należy przecież do najbardziej wymagających form wykonywania muzyki filmowej. Każdy gest dyrygenta, każdy oddech orkiestry i każda zmiana tempa muszą idealnie współgrać z obrazem. I właśnie ta niewidoczna precyzja zrobiła na mnie największe wrażenie.

Jednocześnie Eímear nie straciła nic ze swojej spontaniczności. Wręcz przeciwnie. Jeszcze zanim zabrzmiały pierwsze dźwięki, weszła na scenę z uśmiechem i wyraźnym podekscytowaniem. Lubię obserwować artystów właśnie w takich momentach. Kiedy widać, że mimo ogromnego doświadczenia wciąż autentycznie cieszą się tym, co robią. Ta energia bardzo szybko udzieliła się również publiczności. Miałam wrażenie, że zanim usłyszeliśmy pierwszą nutę, wszyscy byliśmy już gotowi na tę muzyczną podróż.

Ogromną rolę odegrała oczywiście muzyka Johna Williamsa. Zanim obejrzałam pierwszy film z serii, znałam już wiele jego tematów. Funkcjonują one przecież daleko poza światem Gwiezdnych wojen. Towarzyszą kolejnym pokoleniom słuchaczy, pojawiają się na koncertach, inspirują młodych kompozytorów i od lat są symbolem muzyki filmowej. Kto nie zapętlał nigdy w głowie głównego motywu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Dopiero wykonanie ich na żywo pozwala w pełni usłyszeć bogactwo orkiestracji. Poszczególne sekcje orkiestry, dialog instrumentów, subtelne detale, które podczas zwykłego seansu często pozostają gdzieś w tle, nagle wysuwają się na pierwszy plan. To doświadczenie sprawia, że nawet motywy, które wydaje się znać od lat, potrafią zabrzmieć zupełnie inaczej.

Tam rodzi się Moc

Właśnie dlatego tak bardzo cenię festiwale muzyki filmowej. Pozwalają usłyszeć ulubione kompozycje na żywo. Przypominają również, że za każdą z nich stoją ludzie. Muzycy, dyrygenci i kompozytorzy, którzy wkładają w ich wykonanie taką samą pasję, jakby grali je po raz pierwszy.

Być może za kilka lat nie będę pamiętać wszystkich scen z tego filmu. Jestem jednak pewna, że zapamiętam coś innego. Moment, w którym wystarczyło na chwilę oderwać wzrok od ekranu i spojrzeć na scenę. To właśnie tam rodziła się prawdziwa magia tego wieczoru. Nie tylko w dźwiękach muzyki Johna Williamsa, ale również w ludziach, którzy tchnęli ją w życie na nowo.

May the Force be with you.

Po tym koncercie pomyślałam, że taka właśnie jest prawdziwa MOC muzyki. Potrafi sprawić, że nawet podczas projekcji jednego z najsłynniejszych filmów w historii, nie sposób oderwać wzroku od orkiestry.

Apulia Soundtrack Awards

Posted on 2026-07-152026-07-15

Apulia Soundtrack Awards
– festiwal, którego siłą są ludzie

Muzyka filmowa, która prowadzi w niezwykłe miejsca

Muzyka filmowa od lat jest jedną z moich największych pasji. To właśnie ona zaprowadziła mnie na wiele koncertów i festiwali, podczas których miałam okazję poznawać twórców z różnych stron świata. Każde z tych wydarzeń ma swój niepowtarzalny charakter. Jednak Apulia Soundtrack Awards od pierwszej chwili urzekło mnie czymś, czego trudno szukać gdzie indziej – bliskością.

Na świecie odbywa się wiele festiwali poświęconych muzyce filmowej. Jedne zachwycają rozmachem, inne imponują liczbą gości czy wielkimi koncertami. Są jednak wydarzenia, których wyjątkowość tkwi nie w skali, lecz w atmosferze. Dla mnie właśnie takim miejscem są Apulia Soundtrack Awards.

To międzynarodowe wydarzenie poświęcone muzyce filmowej, odbywające się w urokliwym Carovigno, niewielkim miasteczku położonym w słonecznej Apulii. Przez kilka dni historyczny zamek staje się miejscem spotkań kompozytorów, producentów, agentów, studentów i miłośników muzyki filmowej z różnych stron świata. Na jego dziedzińcu odbywają się wieczorne koncerty, a wewnątrz średniowiecznych murów organizowane są masterclassy i spotkania z twórcami.

To, czego nie znajdziesz w oficjalnym programie

Prawdziwa siła tego wydarzenia kryje się gdzie indziej. Dla mnie największą siłą Apulia Soundtrack Awards są ludzie.

Już od pierwszego dnia czuć, że nie jest to wydarzenie, w którym artyści i uczestnicy funkcjonują w dwóch oddzielnych światach. Wręcz przeciwnie. Wspólne posiłki sprawiają, że naturalnie nawiązują się rozmowy, które później przenoszą się na taras i trwają do późnych godzin wieczornych. Przy kieliszku wina lub drinku dyskusje o muzyce filmowej płynnie przechodzą w rozmowy o życiu, twórczości, inspiracjach czy wyzwaniach, z jakimi mierzą się artyści. To właśnie podczas jednej z takich rozmów miałam okazję porozmawiać z kompozytorką Sharon Farber oraz polską agentką reprezentującą młodych kompozytorów Mariką Koasidis o sytuacji kobiet w branży muzyki filmowej.

Ta kameralność sprawia, że każdy może spotkać każdego. Nie ma pośpiechu ani dystansu. Jest czas na poznanie ludzi nie tylko jako twórców, ale przede wszystkim jako osób. Myślę, że właśnie to najbardziej odróżnia Apulia Soundtrack Awards od wielu innych festiwali, zwłaszcza tych większych.

Organizatorzy również mają ogromny udział w tworzeniu tej atmosfery. Od początku do końca troszczą się o swoich gości, dbają o każdy szczegół i sprawiają, że każdy czuje się zaopiekowany. Te drobne gesty i serdeczność budują poczucie, że jest się częścią tej społeczności.

Za tą wyjątkową atmosferą stoją ludzie, którzy z ogromnym zaangażowaniem rozwijają Apulia Soundtrack Awards. Loredana Epifani, Antonio Ribezzi, Cyril Morin, Antonella La Camera oraz międzynarodowa rada doradcza stworzyli wydarzenie o światowym charakterze.

Wieczory, w których muzyka nabiera wyjątkowego znaczenia

Jednymi z najpiękniejszych momentów tegorocznej edycji były dla mnie koncerty na zamkowym dziedzińcu. Otoczone drzewami miejsce już samo w sobie tworzy niezwykły klimat. Zwłaszcza wieczorem, gdy subtelne oświetlenie podkreśla urok starych murów, a szum liści staje się niemal częścią muzyki.

Pierwszego wieczoru na dziedzińcu zamku zabrzmiała muzyka grana przez Jean-Michela Bernarda. Kompozytor zasiadł przy fortepianie, towarzyszyli mu basista i perkusista, a w kilku utworach dołączył również głos jego żony. Wieczór zakończył pokaz krótkometrażowego filmu Cocco di Mamma w reżyserii Antonio Ribezziego.

Drugiego dnia oprócz koncertu na fortepian i kwartet smyczkowy, odbyła się uroczysta gala wręczenia nagród. Dla wielu laureatów był to moment pełen wzruszeń, a emocje udzielały się również publiczności.

Najbardziej poruszyło mnie jednak wykonanie utworu Better Days, które wybrzmiało podczas drugiego wieczoru koncertowego. Sharon Farber, tuż po odebraniu nagrody, zasiadła przy fortepianie, a towarzyszył jej śpiew piętnastoletniej córki, Eden. Był to niezwykle prosty, a jednocześnie bardzo wzruszający moment. Przypomniał, że muzyka potrafi łączyć pokolenia i opowiadać historie bez użycia słów.

Gdy Eden zaczęła śpiewać, na dziedzińcu zapadła niemal całkowita cisza. Był to jeden z tych momentów, kiedy muzyka przestaje być tylko koncertem i staje się czymś bardzo osobistym. Z każdą kolejną zwrotką utwór nabierał coraz większej siły, a pełen emocji głos Eden trafiał prosto do serc zgromadzonej publiczności. Po każdej części jej wykonania rozbrzmiewały gromkie brawa, które mówiły więcej niż słowa. Trudno było nie odnieść wrażenia, że wszyscy obecni przeżywali ten moment razem z nimi.

To, co zostaje na długo po zakończeniu festiwalu

Kiedy myślę o Apulia Soundtrack Awards, nie wracają do mnie w pierwszej kolejności nazwy paneli czy harmonogram wydarzeń. Wracają rozmowy, twarze ludzi, wspólne posiłki, wieczory spędzone na tarasie i śmiech. Do tego muzyka unosząca się nad dziedzińcem i poczucie, że przez kilka dni wszyscy mówimy tym samym językiem – językiem emocji i dźwięków.

Wyjeżdżałam z Carovigno z ogromną wdzięcznością za ludzi, których poznałam. W mojej pamięci pozostaną inspirujące rozmowy, muzyka oraz atmosfera, której nie da się stworzyć wyłącznie programem wydarzenia.

Bo choć Apulia Soundtrack Awards jest wydarzeniem związanym z muzyką filmową, to jego najpiękniejszą ścieżką dźwiękową są ludzie, którzy go tworzą.

Harry Potter i Kamień Filozoficzny

Posted on 2026-05-272026-05-27

Harry Potter i Kamień FilozoficznyTM 
– film z muzyką na żywo

koncert w ramach 19. Festiwalu Muzyki Filmowej

Harry Potter

Ktoś, kto dorastał razem z Harrym Potterem, nie przejdzie obojętnie koło żadnego filmu z tej serii. Taka osoba zna bohaterów na wskroś, potrafi cytować ich kwestie, ale przede wszystkim rozpoznaje też muzykę. A jeśli muzykę do pierwszych części skomponował John Williams we własnej osobie, to naprawdę nie trzeba wyjeżdżać do Hogwartu, by poczuć odrobinę magii w swoim życiu. 

W niedzielne popołudnie, 17 maja, w krakowskiej Tauron Arenie odbyła się projekcja pierwszej części przygód młodego czarodzieja – „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Czy było w tym coś magicznego? Oczywiście, wydarzeniu towarzyszyła Orkiestra i Chór Filharmonii Krakowskiej, by muzyka wybrzmiała w pełni. 

Harry Potter

Wspomnienia pozostają

Są takie sceny, które pozostają w człowieku na długo. Zwłaszcza, gdy był jeszcze młody, a jego wrażliwość nie miała jeszcze szans zostać przyblokowana przez zewnętrzny świat. I tak początek filmu, gdy po raz pierwszy pojawia się mały Harry, przyprawia mnie o dreszcze. Natomiast moment, w którym na ekranie rozbłyskuje tytuł filmu, sprawił, że serce od razu zabiło mocniej od wspomnień i emocji. 

Harry Potter

50 punktów dla… Gryffindoru

Warto tutaj podkreślić, że muzykami dyrygował Bejamin Pope, który już na wstępie pozwolił widzom przeżywać na nowo magiczny świat Hogwartu. Zachęcał do żywego komentowania, gdy na scenie pojawiały się dobre i złe postaci. Sam dyrygent dopiero w drugiej części zdradził, komu tak naprawdę kibicuje i założył krawat w kolorach Gryffindoru. 

Moc zaklęta w dźwiękach

Harry Potter

Muzyka na żywo dodała całości jeszcze więcej mocy. Scena z szachami, której jako dziecko zawsze się bałam, wywołała u mnie powrót wspomnień, a muzyka jeszcze to bardziej podbiła. Mimo że człowiek wiedział, że wszystko dobrze się skończy, utwór spotęgował napięcie sceny na tyle, że musiałam na moment wstrzymać oddech i przymknąć oczy. 

I ta suita na koniec… Magia w czystej postaci, która pokazała, jak ogromną moc ma muzyka i jak dźwięki potrafią nas prowadzić przez przeróżne emocje. Jestem pewna, że niejednej osobie zakręciły się łzy w oczach podczas zakończenia, a te gromkie brawa i światełka zapalone na koniec tylko potwierdziły to, jak ogromną siłę ma muzyka w połączeniu z obrazem i emocjami. 

Międzynarodowa Gala Seriali FMF

Posted on 2026-05-242026-05-24

Międzynarodowa Gala Seriali FMF

koncert w ramach 19. Festiwalu Muzyki Filmowej

Sobotnie gale w ramach FMF od zawsze były dla mnie czymś najbardziej spektakularnym podczas całego festiwalu. Nie inaczej stało się tym razem. Być może jednak miałam mogłam spojrzeć na to z nieco innej perspektywy, chociaż wcześniejsze doświadczenia z pewnością się przydały. To jest ogrom pracy. Wymyślić program, zaangażować ludzi, zapanować nad całą logistyką i organizacją tego przedsięwzięcia. Kłaniam się nisko przede wszystkim Agacie Grabowieckiej, dyrektor artystycznej festiwalu, która mimo związania z FMF, tak naprawdę zadebiutowała w tej roli w tym roku. Motywem przewodnim tej edycji była magia i Międzynarodowa Gala Seriali tego dowiodła.

Czas jednak przejść do sedna i mimo że utworów wybrzmiało mnóstwo (poniżej załączam setlistę) i sam koncert trwał około czterech godzin, są perełki, które chciałabym wyróżnić.

Spy/Master

W takich chwilach jestem dumna z bycia Polką. Mamy naprawdę utalentowanych kompozytorów i do tego zawsze stają na wysokości zadania, by na Festiwal Muzyki Filmowej przygotować suity, które stają się opowieścią samą w sobie. Moim pierwszym zachwytem była obecność na scenie kadrów z serialu „Spy/Master” z muzyką skomponowaną przez Łukasza Targosza. Nie dość, że sam utwór trzymał w napięciu, to prowadzenie Orkiestry Akademii Beethovenowskiej przez Dirka Brosse dodawało dramaturgii. Pojawiły się także solowe występy muzyków na flecie (Sara Andon), harfie (Weronika Byrska) oraz fortepianie (Jacek Tarkowski). Łukasz zbudował tą suitą niesamowite napięcie, które krążyło po moim ciele jak wibracje niepozwalające zaznać spokoju. 

Piekło Kobiet

Moim kolejnym powodem do zachwytu była suita z „Piekła Kobiet” skomponowana przez Wojtka Urbańskiego. To dopiero była emocjonalna podróż przez dźwięki. Najpierw solowe wykonania muzyków na instrumentach wprowadziły napięcie. Fragment, gdy na scenie pojawiła się Justyna Święs w utworze „Niebo złote ci otworzę” wprawił mnie w stan wewnętrznego rozdarcia. Później chwila ukojenia z pięknym i ciepłym wokalem Marcina Maseckiego i jego fortepianową grą. A to wszystko po to, by przejść do utworu „Song of Death” z bardzo soczystym i wyrazistym głosem Ani Karwan. Artystka dosłownie dotarła głosem do każdej komórki mojego ciała, wprawiając je w takie same wibracje jak jej wokalizy. 

Amerykański sen

Teraz spróbuję skupić się wyłącznie na dźwiękach i nie będę oceniać do końca tego, co działo się na scenie. Przy utworze z serialu „Yellowstone” na podium dyrygenta wkroczył Brian Tyler, czyli sam kompozytor tego soundtracku. Muzyka miała w sobie jeszcze więcej mocy, niż w zwykłej wersji audio. Po nim Brian zaskoczył nas swoim projektem „Are We Dreaming”, który oprócz naprawdę mocnych dźwięków orkiestry, chóru i elektroniki, dopełniony został wizualizacjami i pokazem laserów. Muszę przyznać, że kompozytor potrafi robić show, a sam projekt „Are We Dreaming” był dla mnie podróżą po przestrzeniach kosmicznych, choć momentami przytłaczającą intensywnością dźwięków.

Biały lotos

Co tu dużo mówić, sopranowe solo zawsze na mnie działa. Zwłaszcza przy tak ciekawym brzmieniu jak ścieżka dźwiękowa z „Białego lotosu” skomponowana przez Cristobala Tapia de Veera. Solistka, Kamila Dutkowska bardzo przykuwała uwagę swoją ekspresyjnością. Poza tym jest to chyba motyw, który kojarzy wiele osób, nawet jeśli nie dotarło do tego serialu.

Langer

Są też takie utwory, które bardzo kojarzą mi się ze słowiańską duszą. Niektóre głosy też są do tego stworzone. Największym objawieniem była dla mnie suita z filmu „Langer” skomponowana przez Bartosza Chajdeckiego. To, co w tym utworze zrobiła Katarzyna Bogusz (solistka), to już nawet nie jest magia. Jej głos dosłownie rozdzierał mi duszę. Jednocześnie nie mogłam przestać się tym zachwycać. To wszystko podbijała muzyka tak emocjonalna i ogromna, że aż łzy napływały do oczu. Coś pięknego!

Na zakończenie

Jak już wspomniałam we wstępie, utworów była cała masa i ciężko byłoby napisać o każdym z nich, by nikogo nie przytłoczyć mnogością tekstu. Dlatego skupiłam się na tych utworach, które zrobiły na mnie największe wrażenie i poruszyły moje emocje. Na tych, które niejako dotknęły skrawka mojej duszy. 

Setlista:

  • Bill Conti – Dynastia
  • Kris Bowers – Suita z „Bridgertonów”
  • Mick Giacchino – Pingwin
  • Aaron May, David Ridley – „Fragile” z serialu „Dojrzewanie”
  • Łukasz Targosz – Spy/Master 
  • James Newton Howard – Emily w Paryżu
  • Antonio Sánchez – Studio
  • Wojtek Urbański – Piekło kobiet
  • Volker Bertelmann – Dzień Szakala
  • Volker Bertelmann – Diuna: Proroctwo
  • Brian Tyler – Yellowstone
  • Brian Tyler – Are We Dreaming 
  • Cristobal Tapia de Veer – Dzień trzeci
  • Cristobal Tapia de Veer – Biały Lotos
  • Jeff Russo – Ripley
  • Jeff Russo – Obcy: Ziemia
  • Theodore Shapiro – Rozdzielenie
  • Bartosz Chajdecki – Langer
  • Ludwig Göransson, John Williams, Mick Giacchino, Michael Abels, Nicholas Britell, Kevin Kiner – Suita z uniwersum „Gwiezdnych wojen” (The Mandalorian, Ashoka, The Bad Batch, Obi-Wan Kenobi, Andor, Skeleton Crew, The Acolyte)
Older Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.