Brasswood Soundtracks 2026 w Sopocie
Gdy muzyka zamienia las w magię

Wchodzisz w wielki las. Przemierzasz go, aż w końcu docierasz do miejsca, w którym znajduje się scena. I zamierasz. Za nią rozciąga się pięknie oświetlone pasmo drzew. Na scenie świeże kwiaty, a światło sprawia, że wszystko zdaje się poruszać. Jakby las żył własnym rytmem i za chwilę miało wydarzyć się coś magicznego.
I tak było przez cały sobotni wieczór, 12 września 2026, w Operze Leśnej w Sopocie podczas festiwalu Brasswood Soundtracks.

Percival
Mistrzowie słowiańskiej muzyki, których miałam już okazję słuchać kilkukrotnie. Pisałam nawet o nich tutaj:
Ich muzyka sprawia, że „nogi same podskakują”, a kiedy wybrzmiewają motywy z Wiedźmina, człowiek ma ochotę zerwać się z miejsca i zanurzyć w tym świecie. Mnie aż zamarzyło się usiąść przed komputerem i przenieść w wiedźmiński klimat.
Uwielbiam to, że nie tworzą wielkiego show. Po prostu siadają na scenie, w dawnych strojach, z dawnymi instrumentami i muzykują. I to wystarczy. Mistrzostwo.
A wokalistki? To, co wyprawiają ze swoimi głosami, jest jakąś fantazją. Czasem trudno uwierzyć, że ten zespół istnieje już ćwierć wieku. Pięknie było też usłyszeć coś innego, choćby utwory z „Ogniem i mieczem” czy serialowego „Wiedźmina”.

Polska Filharmonia Kameralna Sopot i Rebel Babel Film Orchestra
Później na scenie pojawiła się Polska Filharmonia Kameralna Sopot wraz z Rebel Babel Film Orchestra pod batutą Szymona Morusa. Tym razem przenieśliśmy się w świat muzyki serialowej, głównie polskiej.
I nagle wybrzmiało „1670”. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że tej muzyki nie da się tak po prostu zagrać przez orkiestrę. A jednak! Ta sarmacka nuta przepięknie poniosła się po sopockim lesie. I chyba właśnie za to kocham takie koncerty. Za możliwość usłyszenia czegoś, co dobrze znamy, w zupełnie nowej odsłonie.

Następnie pojawił się L.U.C. i wraz z orkiestrą zabrał nas do świata „Chłopów”.
Uwielbiam ten soundtrack. Mam wrażenie, że dźwiękami maluje polską mentalność, naszą słowiańską duszę i wszystko to, co czasem trudno ubrać w słowa. Łukasz Rostkowski, jak na prawdziwego showmana przystało, nie omieszkał odwracać się do publiczności, zachęcać nas do klaskania i na moment powrócić również do swojej twórczości.
A ja? Ja za każdym razem, kiedy słyszę instrumentalne utwory z tego filmu, mam ciary. To chyba kwintesencja całego soundtracku. Te kolejne wejścia instrumentów, główny motyw przeplatany na różne sposoby, z różnymi brzmieniami. Coś magicznego. Może dlatego, że tak dużo tam smyczków, które po prostu kocham. A na żywo? Jeszcze więcej magii, baśniowości i tajemnicy.
A potem… totalna zmiana energii! Trzech solistów, Bela Komoszyńska i aktorzy z „1670” – Martyna Byczkowska i Kirył Pietruczuk – rozkręcili prawdziwą zabawę. Było dużo tańca, śpiewu, okrzyków i śmiechu. Publiczność nie mogła usiedzieć na miejscu. I trudno się dziwić!
Najpiękniejszym momentem dla mnie było wykonanie „Koniec lata” z udziałem Beli Komoszyńskiej. Coś pięknego. Bela w białej sukni, a jej głos tak cudownie harmonizujący z melodią, że nie potrafię sobie wyobrazić, by ktoś inny mógł zaśpiewać ten utwór w taki sposób. Był w tym jakiś rodzaj delikatności i piękna, który na chwilę zatrzymał cały ten koncertowy świat.

IN MY HEAD – Tribute to David Lynch
A kiedy wydawało się, że wieczór nie może już zabrać nas w żadne inne miejsce, rozpoczął się koncert oddający hołd Davidowi Lynchowi. Wydarzenie wyreżyserowane przez Oliviera Mellano.
Tym razem zrobiło się bardziej enigmatycznie, intymnie, nieco tajemniczo. Wybrzmiało mnóstwo pięknych, znanych utworów, a głosy solistów, zwłaszcza kobiece, idealnie wpisały się w ten klimat. Największe wrażenie zrobiło na mnie „Wicked Game”. Choć wiadomo, że głosem oryginału nikt nie dorówna, to samo wykonanie miało w sobie coś, co sprawiło, że na moment zupełnie odpłynęłam.

STRANGER THINGS
Muzycy, Kyle Dixon i Michael Stein niemal niewidoczni, wyłaniający się tylko czasami zza gęstego dymu. Przerażająca, tajemnicza muzyka, światła, które dodawały jej mocy i jeszcze mocniej podkreślały jej brzmienie.
Powiedziałabym, że był to wręcz psychodeliczny performans. A biorąc pod uwagę, że wszystko działo się w lesie… Oj, nie chciałabym znaleźć się tam sama w środku nocy i słyszeć tych dźwięków.
I chyba właśnie to było w tym wszystkim najpiękniejsze. Przez jeden wieczór, w jednym miejscu, można było przenieść się do tylu różnych światów. Od słowiańskich legend, przez polską wieś, baśniowe melodie i kino Davida Lyncha, aż po mroczne zakamarki Hawkins. A wszystko to w samym sercu sopockiego lasu. Czasem naprawdę wystarczy muzyka, żeby na chwilę znaleźć się zupełnie gdzie indziej.