Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Są ludzie, którzy przynoszą kwiaty, prezenty, drukują zdjęcia, piszą listy, a na koncertach tańczą, śpiewają, skandują imię idola lub po prostu siedzą spokojnie i cieszą się chwilą. Każdy przeżywa ten świat na swój sposób i inaczej okazuje artyście wdzięczność (oczywiście poza samym pójściem na koncert czy kupnem płyty). 

Nie inaczej jest u mnie. Oczywiście lubię sobie śpiewać w trakcie koncertu, przeżywać w środku to, co muzyka ze mną robi, ale zawsze mam w sobie potrzebę okazania wdzięczności. U mnie przejawia się to właśnie napisaniem „kilku” słów, tak na świeżo, pod wpływem emocji. 

Nie wiem jak to się stało, że te dziesięć lat temu nie opisałam żadnego wydarzenia z trasy koncertowej albumu „I na co mi to było?”, zwłaszcza, że byłam na kilku – w Krakowie, Sopocie, Toruniu i Nowym Sączu. Za każdym razem w innej przestrzeni i z nowymi przeżyciami. Skupię się jednak na odświeżonej wersji „Roma Symphonica”, na której byłam 30 października 2026 roku.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

SCENA PEŁNA KOLORÓW, DŹWIĘKÓW I RUCHU

To, co już na wstępie przykuło moją uwagę to mnogość dekoracji na scenie. Zdecydowanie piękniejsza i barwniejsza niż przy dawnej wersji, ale ciężko porównać. Z takiego też założenia chcę wyjść. Dwie odsłony tego samego koncertu, choć teoretycznie opowiadające tę samą historię, okazały się zupełnie różnymi doświadczeniami. Dlatego od teraz skupię się tylko na tym, co widziałam wczoraj.

TANIEC

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Zacznę od tańca. Nie mogę nie wspomnieć o tancerce Julii Adamczyk oraz tancerzach – Albercie Kosińskim i Juriju Żurajewie. Być może zwracam na nich teraz jeszcze większą uwagę, bo sama wróciłam do tańca i na nowo odkrywam, ile emocji można opowiedzieć ruchem. Jak wiele można wyrazić bez jednego słowa, samym gestem, spojrzeniem, sposobem postawienia stopy czy poruszenia dłonią. Julka absolutnie mnie oczarowała. Jest w niej coś, od czego trudno oderwać wzrok. A solo Oli Zielińskiej w sukni ślubnej? Nie wiem, jak to opisać, ale w pewnym momencie poczułam, jakby ktoś ścisnął mi serce. Było w tym tyle piękna, delikatności, a jednocześnie jakiegoś trudnego do nazwania smutku. Taniec, który nie potrzebował żadnego komentarza.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

STROJE

Zresztą nie tylko taniec zasługiwał na osobne miejsce w moich wspomnieniach. Stroje! Kolorowe, błyszczące, pełne życia, momentami wręcz hipnotyzujące. Każda kolejna odsłona była jak otwarcie następnej strony barwnej opowieści. Scena żyła nie tylko muzyką, ale też ruchem, światłem i kolorami. Niesamowicie się na to patrzyło i wcale nie miało się wrażenia, by było za dużo.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

MUZYCY

A wśród tego wszystkiego Marcin Wyrostek i jego akordeon. Och, co to były za wykonania! Są takie momenty, kiedy człowiek przestaje analizować, co właściwie słyszy, i po prostu pozwala muzyce przez siebie przepływać. Właśnie tak miałam podczas instrumentalnych fragmentów. Marcin grał tak, że pozostaje tylko powiedzieć: czapki z głów! Mogłabym słuchać go znacznie dłużej. I oglądać, bo to człowiek, który muzykuje całym sobą i świetnie się przy tym bawi.

Zresztą cały zespół zasługuje na ogromne uznanie. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich muzyków z imienia, ale altówka i trąbka szczególnie zapisały się w moich uszach. Były takie momenty, kiedy przechodziły mnie ciarki. Zwłaszcza fragment, w którym właściwie słychać było tylko perkusję, altówkę i akordeon. Miałam dosłownie gęsią skórkę wzdłuż całego kręgosłupa!

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

WOKALE W TLE

Nie mogę też pominąć drugich głosów. Julia Olejarczyk, Aleksander Steczkowski i Julia Fijałkowska wspaniale dopełniali wokalnie Justynę Steczkowską. Zresztą ja mam chyba szczególną słabość do tych głosów, które nie zawsze stoją w centrum uwagi. Do harmonii, odpowiedzi, subtelnego prowadzenia melodii, które sprawiają, że całość nabiera głębi. Gdybym jednak miała wybrać jedną osobę, która szczególnie mnie zachwyciła, byłby to Aleksander. Nie tylko jako drugi głos, ale również w momentach, w których przejmował prowadzenie. Ma w sobie coś, co przyciąga uwagę, a jego mocny, technicznie świetnie prowadzony wokal zapada w pamięć i wywołuje ekscytację i takie wewnętrze: „WOW!”.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

DWA MALUTKIE „ALE”

Nie wszystko było jednak idealne. Zdarzały się chwile, kiedy nagłośnienie wydawało się bardziej eksponować wokale w tle niż sam głos Justyny. A przecież to ona jest sercem tego widowiska!

Podobnie miałam mieszane odczucia wobec części wizualizacji wyświetlanych na trzech ekranach. Z jednej strony ich mnogość i rozmach pozwalały jeszcze mocniej zanurzyć się w romskim klimacie. To zdecydowanie na plus! Z drugiej – niektóre obrazy zbyt długo się zapętlały, a te wygenerowane przez sztuczną inteligencję momentami niebezpiecznie wybijały z koncertowego nastroju, bo zobaczyć sztywne, nienaturalne ręce rodem z gry FPS, goniące piękną dziewczynę – bez komentarza.

Doceniam pomysł mimo wszystko, bo na przykład tło do „Płoną maki, kapie wino” wprowadziło mnie w zupełnie inny wymiar przeżywania tego utworu.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

JUSTYNA STECZKOWSKA – WIELE ODSŁON JEDNEJ ARTYSTKI

Cieszy mnie natomiast, że Justyna nie zamknęła się wyłącznie w repertuarze albumu „I na co mi to było?”. Rozszerzenie koncertu o inne utwory sprawiło, że całość zyskała dodatkową dynamikę i nie była jedynie odtworzeniem znanego mi już materiału.

A jednak, gdybym miała wskazać te momenty, które poruszyły mnie najmocniej, wróciłabym do utworów bardziej nostalgicznych, może nawet odrobinę dramatycznych. Być może to kwestia jesieni, która wyjątkowo sprzyja takim emocjom, ale „Wszechmogący”, „Słoneczko” i „Płoną maki, kapie wino” pozostają moimi osobistymi numerami jeden. Właśnie wtedy miałam wrażenie, że na scenie spotykają się nie tylko głos i muzyka, ale też wszystkie emocje Justyny. Że niektórych rzeczy nie trzeba już odgrywać ani dopowiadać. Wystarczy zaśpiewać.

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

Dużo radości przyniosła mi również jej interakcja z publicznością. To jeden z tych elementów, które sprawiają, że koncert przestaje być wyłącznie oglądaniem widowiska, a staje się wspólnym przeżyciem. Było uczenie tekstów, wspólne pstrykanie, zachęcanie do ruchu i tańca, wybieranie panów do wspólnych występów, wróżenie z kart, a nawet taniec wśród publiczności. Szczególnie podoba mi się, kiedy artysta potrafi tak naturalnie przełamać granicę między sceną a widownią. Nagle nie ma już tych dwóch osobnych światów. Jest jedna przestrzeń, jedna muzyka i ludzie, którzy na chwilę dają się jej porwać.

CO ZOSTANIE?

Justyna Steczkowska – Roma Symphonica

I chyba właśnie to najbardziej lubię w koncertach Justyny Steczkowskiej. Nieprzewidywalność. To, że w ramach jednego wydarzenia potrafi pokazać tak wiele swoich odsłon. Jest w niej wokalistka, tancerka, aktorka, showmanka, kobieta z ogromnym poczuciem humoru, a za chwilę ktoś, kto potrafi zatrzymać całą salę jednym dźwiękiem. Nie ogranicza się do śpiewania piosenek. Buduje świat, zaprasza do niego publiczność i na te kilkadziesiąt minut pozwala nam w nim zamieszkać.

Wracam więc do tego, od czego zaczęłam. Do potrzeby zapisania kilku słów, kiedy emocje są jeszcze świeże. Koncert kończy się w chwili, kiedy gasną światła, ale niektóre melodie zostają na dłużej, obrazy wracają zupełnie niespodziewanie, a emocje wciąż trudno nazwać. I może właśnie dlatego piszę. Żeby choć na chwilę zatrzymać to, co z natury jest ulotne.

Dziękuję za ten wieczór. Za muzykę, kolory, ruch, emocje i wszystkie te małe zachwyty, które składają się na jedno duże wspomnienie. Jestem wzruszona.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.