Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with muzyka

Międzynarodowa Gala Seriali FMF

Posted on 2026-05-242026-05-24

Międzynarodowa Gala Seriali FMF

koncert w ramach 19. Festiwalu Muzyki Filmowej

Sobotnie gale w ramach FMF od zawsze były dla mnie czymś najbardziej spektakularnym podczas całego festiwalu. Nie inaczej stało się tym razem. Być może jednak miałam mogłam spojrzeć na to z nieco innej perspektywy, chociaż wcześniejsze doświadczenia z pewnością się przydały. To jest ogrom pracy. Wymyślić program, zaangażować ludzi, zapanować nad całą logistyką i organizacją tego przedsięwzięcia. Kłaniam się nisko przede wszystkim Agacie Grabowieckiej, dyrektor artystycznej festiwalu, która mimo związania z FMF, tak naprawdę zadebiutowała w tej roli w tym roku. Motywem przewodnim tej edycji była magia i Międzynarodowa Gala Seriali tego dowiodła.

Czas jednak przejść do sedna i mimo że utworów wybrzmiało mnóstwo (poniżej załączam setlistę) i sam koncert trwał około czterech godzin, są perełki, które chciałabym wyróżnić.

Spy/Master

W takich chwilach jestem dumna z bycia Polką. Mamy naprawdę utalentowanych kompozytorów i do tego zawsze stają na wysokości zadania, by na Festiwal Muzyki Filmowej przygotować suity, które stają się opowieścią samą w sobie. Moim pierwszym zachwytem była obecność na scenie kadrów z serialu „Spy/Master” z muzyką skomponowaną przez Łukasza Targosza. Nie dość, że sam utwór trzymał w napięciu, to prowadzenie Orkiestry Akademii Beethovenowskiej przez Dirka Brosse dodawało dramaturgii. Pojawiły się także solowe występy muzyków na flecie (Sara Andon), harfie (Weronika Byrska) oraz fortepianie (Jacek Tarkowski). Łukasz zbudował tą suitą niesamowite napięcie, które krążyło po moim ciele jak wibracje niepozwalające zaznać spokoju. 

Piekło Kobiet

Moim kolejnym powodem do zachwytu była suita z „Piekła Kobiet” skomponowana przez Wojtka Urbańskiego. To dopiero była emocjonalna podróż przez dźwięki. Najpierw solowe wykonania muzyków na instrumentach wprowadziły napięcie. Fragment, gdy na scenie pojawiła się Justyna Święs w utworze „Niebo złote ci otworzę” wprawił mnie w stan wewnętrznego rozdarcia. Później chwila ukojenia z pięknym i ciepłym wokalem Marcina Maseckiego i jego fortepianową grą. A to wszystko po to, by przejść do utworu „Song of Death” z bardzo soczystym i wyrazistym głosem Ani Karwan. Artystka dosłownie dotarła głosem do każdej komórki mojego ciała, wprawiając je w takie same wibracje jak jej wokalizy. 

Amerykański sen

Teraz spróbuję skupić się wyłącznie na dźwiękach i nie będę oceniać do końca tego, co działo się na scenie. Przy utworze z serialu „Yellowstone” na podium dyrygenta wkroczył Brian Tyler, czyli sam kompozytor tego soundtracku. Muzyka miała w sobie jeszcze więcej mocy, niż w zwykłej wersji audio. Po nim Brian zaskoczył nas swoim projektem „Are We Dreaming”, który oprócz naprawdę mocnych dźwięków orkiestry, chóru i elektroniki, dopełniony został wizualizacjami i pokazem laserów. Muszę przyznać, że kompozytor potrafi robić show, a sam projekt „Are We Dreaming” był dla mnie podróżą po przestrzeniach kosmicznych, choć momentami przytłaczającą intensywnością dźwięków.

Biały lotos

Co tu dużo mówić, sopranowe solo zawsze na mnie działa. Zwłaszcza przy tak ciekawym brzmieniu jak ścieżka dźwiękowa z „Białego lotosu” skomponowana przez Cristobala Tapia de Veera. Solistka, Kamila Dutkowska bardzo przykuwała uwagę swoją ekspresyjnością. Poza tym jest to chyba motyw, który kojarzy wiele osób, nawet jeśli nie dotarło do tego serialu.

Langer

Są też takie utwory, które bardzo kojarzą mi się ze słowiańską duszą. Niektóre głosy też są do tego stworzone. Największym objawieniem była dla mnie suita z filmu „Langer” skomponowana przez Bartosza Chajdeckiego. To, co w tym utworze zrobiła Katarzyna Bogusz (solistka), to już nawet nie jest magia. Jej głos dosłownie rozdzierał mi duszę. Jednocześnie nie mogłam przestać się tym zachwycać. To wszystko podbijała muzyka tak emocjonalna i ogromna, że aż łzy napływały do oczu. Coś pięknego!

Na zakończenie

Jak już wspomniałam we wstępie, utworów była cała masa i ciężko byłoby napisać o każdym z nich, by nikogo nie przytłoczyć mnogością tekstu. Dlatego skupiłam się na tych utworach, które zrobiły na mnie największe wrażenie i poruszyły moje emocje. Na tych, które niejako dotknęły skrawka mojej duszy. 

Setlista:

  • Bill Conti – Dynastia
  • Kris Bowers – Suita z „Bridgertonów”
  • Mick Giacchino – Pingwin
  • Aaron May, David Ridley – „Fragile” z serialu „Dojrzewanie”
  • Łukasz Targosz – Spy/Master 
  • James Newton Howard – Emily w Paryżu
  • Antonio Sánchez – Studio
  • Wojtek Urbański – Piekło kobiet
  • Volker Bertelmann – Dzień Szakala
  • Volker Bertelmann – Diuna: Proroctwo
  • Brian Tyler – Yellowstone
  • Brian Tyler – Are We Dreaming 
  • Cristobal Tapia de Veer – Dzień trzeci
  • Cristobal Tapia de Veer – Biały Lotos
  • Jeff Russo – Ripley
  • Jeff Russo – Obcy: Ziemia
  • Theodore Shapiro – Rozdzielenie
  • Bartosz Chajdecki – Langer
  • Ludwig Göransson, John Williams, Mick Giacchino, Michael Abels, Nicholas Britell, Kevin Kiner – Suita z uniwersum „Gwiezdnych wojen” (The Mandalorian, Ashoka, The Bad Batch, Obi-Wan Kenobi, Andor, Skeleton Crew, The Acolyte)

AlterFMF: Immersive Experience: Hauschka

Posted on 2026-05-222026-05-22

AlterFMF: Immersive Experience: Hauschka

koncert podczas 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Volker Bertelmann, który tworzy również pod pseudonimem Hauschka to zdecydowanie artysta, który traktuje spotkanie z muzyką jak nieustanny eksperyment. Od lat tworzy własny, niezwykle charakterystyczny świat dźwięków, przesuwając granice klasycznego fortepianu i pokazując, jak wiele nieoczywistych brzmień może kryć w sobie jeden instrument.

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Intensywność

Podczas koncertu AlterFMF: Immersive Experience mogłam zanurzyć się w doświadczeniu balansującym pomiędzy improwizacją, elektroniką i przestrzennym dźwiękiem. Dla mnie stanowiło to nie lada wyzwanie. Brzmiało to niezwykle intensywnie i niepokojąco. Jednak bez wątpienia było wyjątkowe doświadczenie. 

Jeden z tych koncertów, które bardziej się przeżywa niż po prostu słucha. Hauschka od pierwszych minut sprawiał wrażenie całkowicie zanurzonego w dźwięku. Był skupiony, przejęty i zdawał się autentycznie czerpać radość z improwizacji. Widać było, że nie odtwarza gotowych schematów, ale naprawdę bawi się muzyką i prowadzi ją intuicyjnie, pozwalając jej żyć własnym rytmem. Było w tym coś autentycznie fascynującego do obserwowania. 

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Przestrzenny dźwięk

Dźwięk przestrzenny otaczał publiczność z każdej strony, przez co dla mnie momentami doświadczenie stawało się zbyt przytłaczające. Niektóre brzmienia były mroczne, momentami niemal przerażające. Ciężko uwierzyć, że wszystkie te melodie wydobywały się właśnie z fortepianu. Próbowałam wyobrazić sobie, co działo się wewnątrz instrumentu i jak wiele eksperymentów kryło się za tak nieoczywistym brzmieniem.

I choć był to koncert wymagający oraz niezwykle intensywny sensorycznie, trudno odmówić muzykowi oryginalności i ogromnej pasji. Było w tym coś hipnotyzującego. Czułam się tak, jakbym balansowała pomiędzy fascynacją, niepokojem i całkowitym zanurzeniem w dźwięku.

Magia Jamesa Newtona Howarda

Magia Jamesa Newtona Howarda

Posted on 2026-05-192026-05-20

Magia Jamesa Newtona Howarda

koncert podczas 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

Magia Jamesa Newtona Howarda

Są kompozytorzy, których muzykę się słyszy. Są też tacy, których muzykę się czuje. James Newton Howard od dekad tworzy ścieżki dźwiękowe, które prowadzą widzów przez światy pełne magii, emocji i wewnętrznych napięć. Podczas koncertu „Magia Jamesa Newtona Howarda” na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie publiczność mogła zanurzyć się nie tylko w najbardziej rozpoznawalnych tematach z filmów takich jak „Czarownica”, „King Kong” czy „Igrzyska śmierci”, ale także odkryć mniej znane oblicza jego twórczości. Wydarzenie było tym bardziej wyjątkowe, że prowadził je sam kompozytor.

Magia Jamesa Newtona Howarda

Lekkie prowadzenie

Myślę, że na początku trzeba podkreślić to, że James Newton Howard nie jest zawodowym dyrygentem. Jednak podjął się poprowadzić orkiestrę wraz z dwoma chórami. Do tego jeszcze zajął się konferansjerką pomiędzy utworami. Opowiedział nam szalenie urocze historie w bardzo lekki i zabawny sposób.

Ciężko wybrać spośród jego utworów te najlepsze, bo cenię sobie całą jego twórczość, ale spróbuję. Będę sugerować się tym, co usłyszałam w czwartkowy wieczór w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Zasługujące na wyróżnienie

Na początek wrażenie na mnie zrobiła suita z filmu „Królewna Śnieżka i Łowca”. Zachwycały mnie w niej smyczki, fortepian, ale też momenty przejścia w cięższe brzmienia. Czułam się, jakbyśmy weszli w mrok, gdzie było dużo kotłów, instrumentów dętych i kontrabasów. Przypomniało mi się przy tej suicie za co kocham dźwięk fortepianu. Do tego jeszcze chór Filharmonii Krakowskiej i czułam podskórnie dreszcze przeszywające całe ciało. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Kolejną suitą, która zapadła mi w pamięć była z pewnością ta z filmu „Osada”. Zwłaszcza solo skrzypiec i fortepian. Siedziałam na niej z przymkniętymi oczami i wsłuchiwałam się w piękne dźwięki rozchodzące się po sali.

Czymś nieco odmiennym od poprzednich dwóch suit był utwór „Solomon Vandy” z filmu „Krwawy Diament”. Połączenie wokalu Damiana Ukeje z dziecięcym chórem Filharmonii Krakowskiej oraz późniejszym wejściem Ablaye Badji na djembe, to był dla mnie największy highlight tego koncertu. Coś naprawdę przenoszącego na moment w inny wymiar. Miałam wrażenie, że nie siedzę w sali koncertowej. Moje ciało bardzo chciało wprawić się w ruch przy tych niesamowitych dźwiękach. 

Niesamowite jak skromność Jamesa Newtona Howarda podkreśla jego wielkość jako kompozytora! Tych kilka dźwięków wzruszenia pozostanie ze mną jeszcze przez jakiś czas.

Jak BTS znalazło mnie w Korei

Posted on 2026-04-012026-04-01

Jak BTS znalazło mnie w Korei, zanim ja znalazłam ich muzykę

Moja historia odkrywania BTS podczas podróży do Korei Południowej.

Miś BTS w Seulu

Wszyscy mówią o powrocie, a ja przyznaję się bez bicia – poznałam ich dopiero w sierpniu. Wtedy, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze słuchy, że znów wrócą do świata muzycznego.

O kim mówię? O BTS.

Miś Gangnam na ulicy K-road w Seulu

Świat, którego nie znałam

Jak się zaczęło? Dość zabawnie.
Pojechałam w sierpniu do Korei Południowej i kompletnie nie słyszałam o k-popie. To znaczy wiedziałam, że niektórzy moi uczniowie słuchają tego gatunku, ale nic poza tym. Dopiero na miejscu zobaczyłam, jak ogromne emocje wzbudza ten świat. Akurat byłam w czasie zbliżających się urodzin Jungkooka, więc mogłam obserwować na żywo, co potrafią zrobić fani z całego świata, czyli ARMY. 

kawiarnia ojca Jimina z BTS w Busan

Kawiarnia czy świątynia?

Z ciekawością dałam się porwać popołudniowo-wieczornym spacerom ścieżkami BTS. Odwiedzałam miejsca związane z zespołem bardziej lub mniej. W Busan wybrałam się do kawiarni prowadzonej przez ojca Jimina (update: teraz mógłby być moim crushem). Po wejściu tam miałam wrażenie, że to jakaś ogromna świątynia. Mnóstwo przeróżnych bibelotów od fanów z całego świata (w tym z Polski!). Wydawało mi się to nierealne, żeby jakikolwiek zespół na świecie był aż tak czczony. Nie mogę tego inaczej nazwać.

ścianka z Jungkookiem z BTS z okazji jego urodzin w Seulu

Urodzinowe szaleństwo

W Seulu odwiedziłam już trochę więcej miejsc i tam na każdym kroku widziałam bilbordy, plakaty, schody, ścianki i setki zakamarków, gdzie życzono jednemu z wokalistów „Happy Birthday”. Czyste szaleństwo! Łącznie z budką telefoniczną, w której na karteczce można było zostawić życzenia urodzinowe (oczywiście, że też zostawiłam). Byłam również w miejscu, gdzie kiedyś zespół jadał kanapki. Moje wrażenia? Kolejna urocza świątynia.

mural z Jiminem i Jungkookiem z BTS w Busan

Wróciłam… i co?

Wróciłam do Polski… i wkręciłam się. 
Zaczęłam słuchać ich piosenek. Nie tylko zespołowych, ale też solowych. 
Oglądałam ich występy na YouTubie. Poziom tańca i show, które robią na scenie to dla mnie absolutny majstersztyk! Aż się nie chce wierzyć, że to wciąż istoty ludzkie.

schody w Seulu z okazji urodzin Jungkooka z BTS

To już nie była tylko muzyka

Mija pół roku, a ja dalej słucham BTS. Obserwuję ich poczynania i oglądałam na Netfliksie ich występ na żywo przed pałacem Gyeongbokgung, w którym tam niedawno sama byłam. Film dokumentalny „BTS: Powrót” pozwolił mi ich trochę lepiej poznać. Zobaczyć w nich normalnych, trochę przestraszonych tym, co się dzieje chłopaków z mojego pokolenia. Ludzi, którzy nie spodziewali się takiej sławy i wciąż nie dowierzają w to, co się dzieje, mają wątpliwości, boją się i nie zawsze do końca ze sobą zgadzają, choć jak twierdzą, są dla siebie jak druga rodzina. 

Arirang – tęsknota za… autentycznością

Pamiątki z BTS i innymi zespołami k-popowymi

Po pierwszym odsłuchaniu najnowszej płyty „Arirang” nie do końca wiedziałam czy mi odpowiada, czy nie. Była zupełnie inna niż to, co przez pół roku zdążyłam poznać. Zaskoczyło mnie, że dużo więcej jest tekstów po angielsku. Właściwie dopiero od obejrzenia tego wspominanego wyżej dokumentu, zaczęłam słuchać tej płyty z większą uważnością i zastanawiać się nad sensem słów. 
Efekt? Słucham ich niemal codziennie (zwłaszcza podczas jazdy samochodem).
Ulubiony utwór? Łatwiej byłoby wymienić ten, który mi się nie podoba.

ślad polskich fanów Army w kawiarni ojca Jimina z BTS

Pora na inspirację

Dlatego dziś o nich piszę. Bo nie są już dla mnie tylko zespołem, którego miło się słucha. Nie chodzi też o to, że aż chce się tańczyć do ich utworów.
Są dla mnie przede wszystkim inspiracją. Śpiewają i mówią o tym, co trudne, o swoich emocjach i życiu kogoś, kto zapomniał, jak wygląda normalne życie.
Przy swoim powrocie, postawili trochę wszystko na jedną kartę. Zaryzykowali, by pokazać, że można się zmieniać i wracać już jako ktoś inny.
Pokazali siebie na nowo i autentycznie, co było aktem największej odwagi.
Nawet jeśli nie wszyscy to zrozumieją.  
Cenna lekcja dla wszystkich, którzy wciąż są jeszcze po drugiej stronie lęku.

Muzyka filmowa z mojej perspektywy…

Posted on 2025-06-042025-06-04

Post scriptum na początek

Post scriptum zwykle jest na końcu, ale pozwolę sobie umieścić je opacznie — na początku. Skoro będzie o muzyce filmowej, można sobie włączyć do czytania właśnie ją. Jeśli nie macie pomysłu, trochę „zaspoileruję” i podpowiem, że możecie włączyć sobie cały soundtrack do filmu „Pachnidło: historia mordercy”. Więcej, póki co, nie zdradzę, więc do sedna…

Nie o nauce, a o czuciu

Zakładam, że jakieś badania naukowe na temat wpływu muzyki filmowej na nas, ludzi, ktoś już poczynił. Zakładam również, że być może zostało to jakoś naukowo wyjaśnione. Może ktoś skupił się na tym, co dzieje się wtedy w naszym mózgu czy ciele. Natomiast to, o czym ja chcę napisać, bynajmniej nie będzie podparte nauką. Chcę skupić się całkowicie na odczuciach, jakie za tym idą. Pragnę przyjrzeć się emocjom i temu, jak potrafi zareagować ciało na różnego typu dźwięki albo ich połączenia.

Gdy tekst powstaje pod wpływem muzyki…

Co jest w tym wszystkim dla mnie najbardziej intrygujące? Chyba sam fakt, że siedzę w tym momencie ze słuchawkami na uszach i w tle leci muzyka filmowa. Dokładnie teraz jest to „El Cuco Suite” skomponowana przez Diega Navarro. Już o nim niejednokrotnie wspominałam i znalazło się dla niego miejsce w moich inspiracjach. Czemu akurat ten utwór? Może kiedyś do tego wrócę. Może w jakimś innym wpisie. To piękna historia i na pewno zasługuje na osobne miejsce.

Muzyczna wrażliwość od dzieciństwa

Od dzieciństwa czułam, jak poruszają mną różne melodie. Odczuwałam to poprzez emocje, ale też ciało. Potrafiłam się wzruszyć do tego stopnia, że miałam łzy w oczach. Zdarzało się, że czułam przyjemne dreszcze przebiegające po ciele. Niekiedy budowało się też napięcie w środku. Od zawsze moim bodźcem wywołującym te rozmaite uczucia były głównie skrzypce, fortepian lub chór. Połączenie tych trzech elementów bywało czymś naprawdę nie do opisania dla mojej wrażliwości.

Pierwsze spotkanie z muzyką filmową

Będąc na studiach, mogłam zdecydowanie świadomiej wybierać muzykę, która mnie przyciąga. Tu przypomina mi się zawsze moment, gdy wraz z przyjaciółką (a właściwie to za jej namową) poszłam na projekcję filmu „Pachnidło: historia mordercy” z muzyką na żywo. Było to jeszcze w Hali Ocynowni, która dodawała klimatu wszystkim koncertom w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej. Przepadłam na wieki…

Dreszcze, zachwyt i…„Streets of Paris”

Czy ja właśnie w tej chwili włączyłam sobie soundtrack do tego filmu? Możecie się domyślić odpowiedzi. W słuchawkach wybrzmiewa „Streets of Paris”, a ja na moment się zatrzymałam, bo znów poczułam przyjemne dreszcze przechodzące mnie od stóp do głów. Uwielbiam to uczucie. Nie wiem, czy każdy człowiek w ten sam sposób odczuwa takie rzeczy, ale jeśli nie, to jest mi po prostu przykro. Mam tylko nadzieję, że są wówczas inne rzeczy, które wprawiają w taki sam zachwyt i rozbudzają ten sam rodzaj euforii.

Głos, który przenika duszę

Uświadamiam sobie podczas słuchania „Meeting Laura”, że ludzki głos, zwłaszcza ten operowy, również potrafi mnie poruszyć w nieopisywalny sposób. I co właściwie sprawia, że muzyka filmowa stała się niejako esencją mojego życia? Zdecydowanie moja wrażliwość na dźwięki i dusza artysty. Tak, mogę to dziś już otwarcie przyznać. Jest we mnie cząstka twórcy…

Wyparcie i powrót

Owszem, był czas, że próbowałam to zablokować, porzucić, wyprzeć się tego. Czy było warto? Już dziś wiem, że nie. Moje życie miało wtedy w sobie pustkę, której nie mogłam wypełnić niczym innym. Czułam, że staję się niejako ignorantką pozbawioną emocji i uczuć. Nie miałam w sobie weny i nie tworzyłam niczego. Nie umiałam długo tkwić w takim stanie. To mnie zżerało od środka. Dusiłam się. Potem — jedno zdarzenie, gdy na nowo zbliżyłam się do muzyki filmowej, i znowu czas przerwy.

Nowa forma powrotu

Niedawno powróciłam do niej w nieco innej formie — poprzez muzykę z filmów Bollywood — by teraz, przy okazji kolejnej edycji FMF, zawitać do tego świata na nowo. Czuję, jak serce bije mi w rytm „Grenouille’s Childhood”. Muzyka jest we mnie i wpływa nawet na to, o czym teraz piszę. Każdy kolejny utwór zmienia nieco to, o czym myślę. Pewnie będzie to odczuwalne, gdy na nowo odczytam całość.

O emocjach, nie o mechanizmach

I tak — nie wiem do końca, w jaki sposób muzyka filmowa wpływa na procesy zachodzące w organizmie i skąd te wszystkie reakcje, ale nie potrzebuję tego rozumieć. O tym jest dla mnie muzyka, a w szczególności ta filmowa — o zwyczajnym czuciu. O emocjach, porywach serca, o duszy i tym, co tkwi czasem na jej dnie. Muzyka filmowa przepływa przez ciało falami i potrafi wprawić w trans albo przenieść w zupełnie inną galaktykę. To jest w niej najpiękniejsze!

Czuć muzykę całym sobą

Podczas tegorocznego FMF miałam okazję porozmawiać z moim serdecznym przyjacielem o tym, jak cudownie jest obserwować osoby, które czują muzykę całym sobą. Wzięliśmy tu za przykład Diega Navarro jako dyrygenta, a ja dodatkowo w głowie miałam jeszcze koncert Aleksandra Dębicza. O ile więcej magii jest w patrzeniu na człowieka, który żyje muzyką, którą w danej chwili tworzy. Co jeszcze bardziej niezwykłe — wystarczy przymknąć oczy i to po prostu poczuć. Wierzcie mi lub nie, ale wtedy otoczenie też zauważy waszą kontemplację muzyki i okaże się, że ten widok również robi wrażenie. Zakładam jednak, że pewnie nie każdy jest w stanie to poczuć i znów — jest mi przykro z tego powodu.

Zamknięcie w dźwięku

Właściwie nie wiem, na ile ten tekst jest spójny, bo powstaje pod wpływem chwili i muzyki filmowej w tle, która zmienia się jak kadry filmu. Z doświadczenia wiem, że taki tekst lepiej się odczuwa, gdy podąża się za tymi utworami. Może niejako da się wtedy poczuć moją duszę, którą ukryłam w tych słowach? W tle leci „Awaiting Execution” i sama czuję, jak z każdym dźwiękiem rośnie we mnie napięcie. Smyczki przyprawiają o zawrót głowy i… nie wiem już, co chciałam napisać.
I tak to tu zostawię…

Older Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.