FIMUCITÉ 20 Red Carpet Gala
Prawdziwe przebudzenie emocji

Koncert, który zostanie w mojej pamięci już prawdopodobnie do końca życia. Foyer Auditorio de Tenerife zamieniło się w hollywoodzki czerwony dywan ze ścianką. Podczas koncertu wybrzmiały same oscarowe utwory z okazji 20. edycji FIMUCITÉ. Sam dyrygent i zarówno dyrektor festiwalu, Diego Navarro wybrał na tę okazję elegancki, biały smoking. Nic tu nie było przypadkowe.
Pierwsze uderzenie emocji
Na wielkie otwarcie koncertu wybrano trzy utwory z „Ben-Hura”. I jak tutaj nie poczuć ekscytacji, gdy na samym początku dostaje się mocne uderzenie trąbek z „Fanfare to Prelude”? No jak?! Poziom dopaminy w moim organizmie rósł z każdym kolejnym taktem.
Jednak prawdziwa magia zaczęła się od małej, orientalnej części. Ktoś, kto mnie zna, zapewne już wie, że nie ma dla mnie nic na tym świecie bardziej fascynującego niż Orient. Właśnie wtedy po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, jak ogromny wpływ na Diego miała muzyka Wschodu. Fascynują go dźwięki i instrumenty, które tworzą charakterystyczne wschodnie brzmienie.
Tam, gdzie zaczyna się moje sacrum

Na pierwszy ogień pojawił się „Theme” z „Ostatniego cesarza”. To właśnie wtedy po raz pierwszy tego wieczoru doświadczyłam gęsiej skórki, która rozchodziła się po całym moim ciele od głowy, przez kręgosłup, ręce i nogi. Na myśl przyszło mi tylko jedno: „To jest moje sacrum”. Nikt nie odbierze mi radości z przeżywania muzyki właśnie w taki sposób. To, co jeszcze mnie dodatkowo zachwyciło to mikroruchy, które wykonywał lewą ręką Diego, pokazujące delikatne, azjatyckie ćwierćtony.
W tej części zachwycił mnie również utwór „Pi’s Lullaby” z „Życia Pi”, który z kolei jest jeszcze bliższy mojego sercu ze względu na typowo indyjskie brzmienia. Do tego na scenę wyszła solistka Aborá Cel, która przykuła moją uwagę pięknym, różowym sari. Jej delikatnemu, otulającemu głosowi towarzyszyły orientalne instrumenty jak np. indyjski flet zwany bansuri, na którym zagrał Juani Cantero czy tanpura, będąca z kolei instrumentem strunowym, na której zagrał Gonzalo De Araoz Vigil. To wszystko sprawiło, że zostałam niemalże wprowadzona w stan nirwany. Myślę, że nie tylko ja, bo po tym utworze, publiczność Auditorio podniosła się ze swoich miejsc po raz pierwszy. Owacjom nie było końca, a w trakcie całego koncertu było ich bodajże siedem!
Łzy szklące się w oczach

Myślałam, że druga część koncertu utrzyma poziom, ale nic bardziej mylnego! Emocje z każdym kolejnym utworem rosły, a widownia coraz częściej wstawała, by nagrodzić gromkimi brawami. Miałam gęsią skórkę tak wiele razy, że za każdym kolejnym zastanawiałam się jak to w ogóle możliwe. A do tego utwory, które dosłownie wycisnęły łzy wzruszenia z moich oczu jak np. „When You Believe” z „Księcia Egiptu”.
Zaczęło się już tak naprawdę od kilku zdań Diego, który opowiedział o tym jak tekst utworu bardzo oddaje to, co działo się przez te wszystkie festiwalowe lata. Myślę, że po tych słowach każda osoba na widowni wsłuchała się w nie jeszcze bardziej. Być może poczuła, że naprawdę warto wierzyć w marzenia, niezależnie od tego, co się dzieje. Niesamowite głosy Cristiny Ramos i Estefanii Rodriguez za każdym razem wywoływały we mnie nową dawkę emocji. Jednocześnie cudownie było patrzeć jak dobrze czują się na scenie i w tym utworze.
Wzruszenie pojawiło się również przy suicie z „Zakochany Shakespeare”. Obecność na widowni samego kompozytora Stephena Warbecka, okazała się naprawdę miłym dodatkiem. Miałam możliwość poznać Stephena i to naprawdę życzliwy i bardzo wesoły człowiek.
Kolejna fala silnych emocji ścisnęła moje gardło, gdy na scenie wybrzmiały utwory z „Titanica”. Są historie, które nawet po wielu latach nie tracą swojej siły. Dlatego właśnie „Titanic” porusza każdego niezależnie od wieku, upływu czasu i okoliczności. A Chór Filmowy Teneryfy wprowadził tu jeszcze więcej napięcia emocjonalnego, które znowu sprowokowało łzy w kącikach moich oczu.
Eksplozja emocji
Jednym z utworów, który poruszył mnie szczególnie był „Flying Theme” z „E.T.”. Być może sama melodia nie wywołałaby we mnie takie wzruszenia, gdyby znowu nie krótki storytelling Diego tuż przed nim. Jego słowa pozwoliły mi zobaczyć małego chłopca, który z zachwytem ogląda film i daje się dotknąć jego muzyce do głębi. Po tych słowach rozpłynęłam się we wspomnieniach swoich dziecięcych marzeń.
Były również utwory, które dostarczyły mi nieco innych emocji. Były mocne, majestatyczne i pełne niewyobrażalnej, hipnotyzującej wręcz magii. Pierwszym z nich była suita z „Władcy Pierścieni”, w której mocne dźwięki przeplatały się z cudownym głosem chóru i niesamowitego Ciro Moreno. Jego obecność na scenie miała w sobie coś niezwykle szczerego i rozczulającego.
Usłyszeć oddech dyrygenta

Prawie na sam koniec chciałam też wspomnieć o utworze z filmu „Purpurowe skrzypce”. Muszę jednak zaznaczyć, że to bardzo trudne i specyficzne dzieło do słuchania, a co dopiero zagrania czy dyrygowania. Obserwowanie skupienia solisty Javiera Comesaña, Orkiestry Symfonicznej Teneryfy i samego dyrygenta Diego Navarro doprowadziło mnie samą do wielkiego napięcia. Dało się je wyczuwać niemalże w każdym takcie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że słyszę nie tylko orkiestrę. Dochodził mnie również oddech Diego, za którym podążali muzycy jak jeden organizm. Pojawiał się i znikał tuż przed kolejnym wejściem, jak przypływ i odpływ oceanu. Myślę, że obecność na sali kompozytora Johna Corigliano wcale nie ułatwiała tego zadania. Natomiast spisali się znakomicie i otrzymali po tym utworze najdłuższe owacje (pomijając te końcowe). Aż sama poczułam wtedy ulgę.
Zwieńczeniem koncertu nie mogło być nic innego jak „Duel of the Fates” z „Gwiezdnych Wojen”. To zdecydowanie muzyka Johna Williamsa ukształtowała Diego Navarro jako kompozytora i dyrygenta. I tu właśnie nastąpiła dla mnie prawdziwa kulminacja. Chór w tym utworze był tak zachwycający i przerażający jednocześnie, że czułam ich dźwięki rezonujące po całym moim ciele. Jak doszła do tego jeszcze muzyka – eksplozja!
Diego Navarro dołożył wszelkich starań, by utwory wbiły mnie (i publiczność zapewne też) w fotel. Rozpętały całą lawinę uczuć, które rozpędzone, jak fale oceanu doprowadziły mnie ostatecznie do erupcji, niczym wulkan. Prawdziwe przebudzenie emocji.
Dobrze, że ma wokół siebie ludzi, którzy tak mu pomagają i dbają o każdy najmniejszy szczegół od muzyków, realizatorów dźwięku i oświetlenia, po wszystkich z obsługi, którzy choćby w najmniejszym stopniu dokładają cegiełkę do tego niewyobrażalnie poruszającego wydarzenia.
Dwadzieścia lat FIMUCITÉ to nie tylko historia festiwalu. To tysiące emocji, które przez te wszystkie lata znalazły drogę do kolejnych ludzi. I po tym koncercie wiem jedno – jestem jedną z nich.














