Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with podróże

MAGICZNY ROK

Posted on 2023-10-032023-10-03

MAGICZNY ROK

Ten rok był magiczny. Działo się w nim zdecydowanie sporo. Nie będę w stanie wspomnieć tu o wszystkim, co mnie spotkało. Nie wymienię też wszystkich ludzi, którzy pojawili się w moim życiu. Sporo z tych wspomnień powinnam zostawić tylko dla siebie. W tym wpisie chcę wyciągnąć tylko najistotniejsze rzeczy. Te mocno zmieniające całe moje dotychczasowe patrzenie na świat. Chcę też pokazać jak wiele może się wydarzyć w ciągu zaledwie 365 dni, jeśli na to tylko pozwolimy.

Teneryfa z perspektywy nauczyciela

Zacznę od październikowej podróży z pracy na Teneryfę. Wyjazd od samego początku zrodzony w mojej głowie i konsekwentnie doprowadzony do końca. Spełnienie mojego ogromnego marzenia, by znów tam pojechać. Jak się okazało nie tylko mojego. Kolejne dzieciaki przeżyły podróż życia. Niezwykle zasilający czas. Już wtedy subtelne zmiany zaczęły się ukazywać w moim życiu. Przebywanie z niezwykle inspirującymi ludźmi i świadomość, że będą zawsze i wszędzie, pomagając jak tylko potrafią. Bezcenna lekcja o ludzkich relacjach.

Spotkanie z Maestro

Do tego niezwykłe spotkanie z kompozytorem i dyrygentem – Diego Navarro. Do samego końca nie byłam pewna czy to w ogóle możliwe, choć nie dopuszczałam myśli, że mogłoby być inaczej. Udało się. Spotkałam maestro w jego rodzinnym mieście i mogłam zobaczyć jego studio, posłuchać przedpremierowo kilku utworów, porozmawiać o nich, a także o życiu kompozytora. Nie sądziłam, że coś takiego mi się przytrafi. Niesamowita dawka inspiracji oraz przemyśleń na temat bycia artystą i kreatorem. Myślę, że o tym jeszcze za jakiś czas więcej opowiem.

Podróż życia

W końcu luty i podróż życia. Nie mogę tego inaczej określić. Wyjazd do Indii był krokiem, który na zawsze odmienił mnie i moje życie. Od tego czasu wszystko jest inne. Wiele rzeczy legło w gruzach, ale pojawiło się też sporo nowych. Odważyłam się na podróż solo i nie żałuję ani trochę. To była najlepsza decyzja w moim życiu i do teraz układam sobie jej skutki w głowie i sercu. W tym drugim jest zdecydowanie trudniej. To w Indiach poznałam wielu nowych ludzi, a w tym przewodniczkę Iwonę, dzięki której ten wyjazd zyskał jeszcze inny wymiar. Dla mnie dużo cenniejszy, ale za wcześnie, by się tym jeszcze dzielić.

Zaczynając od zera

Od tej podróży wszystko zaczęło się układać inaczej. Miewałam różne kryzysy spowodowane całkowitą zmianą świadomości. Przechodziłam przez bardzo trudny czas w pracy, mimo że odniosłam znów ogromny sukces – przyznanie akredytacji z Erasmusa+. Dzień po dniu stawiałam czoła wyzwaniom w pracy i życiu osobistym. Nie było łatwo, ale zasilałam się czym tylko się dało. Musiałam nauczyć się siebie i ludzi dookoła mnie od nowa. Ponownie postawić fundamenty i przyjrzeć się temu, co mnie zasila, a co niszczy.

Nie ma przypadków

Niespodziewanie w moim życiu pojawiła się kolejna dobra Dusza, Alicja. Tej znajomości nie mogłam przewidzieć, ale zdecydowanie była brakującym ogniwem. Pozwoliła mi pogłębić to, co wykiełkowało już w Indiach. Utrwaliła moje przekonanie, że joga naprawdę odmienia, nie tylko ciało fizyczne, ale przede wszystkim to, co wewnątrz człowieka. A do tego udowodniła mi, że przyciągamy takie osoby, które mamy przyciągnąć i nie da się tego w żaden sposób przyśpieszyć czy opóźnić – musi nadejść odpowiednia chwila. Tu nie ma przypadków. Na pewne relacje trzeba być po prostu gotowym.

Dolce far niente

Nadszedł czas na wyjazd do Włoch w maju. Tam kolejny rozwój zdarzeń. Tym razem tych prywatnych, co pozostawię dla siebie. Mnóstwo czasu na przemyślenia, odpoczynek, spacery i dużo smacznego jedzenia. Do tego zebranie sił na finisz roku szkolnego.

Koniec roku, początek czegoś nowego

Koniec roku szkolnego był dla mnie bardzo trudnym przeżyciem. Sporo niełatwych sytuacji, przykrych wiadomości i ważnych decyzji. Nie dość, że walka samej siebie z kryzysem i wypaleniem, to jeszcze świadomość pożegnania swoich pierwszych wychowanków. Niesamowicie emocjonalna końcówka, słowa, gesty, pamiątki i wspomnienia, które zasilają i budują człowieka na lata.

Nierzeczywiste marzenia

W końcu lipiec i upragniony urlop. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że w ogóle polecę do Indonezji. Nie sądziłam, że zdarzy się to tak szybko. Nie docierało do mnie, że dopiero co były Indie. Czułam jednak ogromną potrzebę tej podróży. Była niejako kontynuacją tego, co zaszło w Indiach. To podczas niej po raz pierwszy przekonałam się na własnej skórze, że szczera intencja prosto z serca spełnia się, tylko trzeba na nią cierpliwie poczekać. W pewnym sensie był to trudniejszy wyjazd, więcej zmiennych, ale niesamowicie oczyszczający i wdzięczność za to, że znów towarzyszyła mi Iwona. Nie wiem czy bez niej dałabym rady, a z pewnością nie doświadczyłabym tego wszystkiego, co mi się przytrafiło.

Egzamin z życia

Koniec sierpnia to egzamin w pracy. Znów ogromny czas buntu i poczucia beznadziei, że system wciąż jest jaki jest i nie mam na to żadnego wpływu. Jednak był to też czas ogromnego, osobistego sukcesu i udowodnienia sobie, że praca, którą włożyłam w swój rozwój i burzenie tego, co mi nie służy, sprawiły, że egzamin na poziomie mentalnym był dla mnie czymś spokojnym. Tu również zobaczyłam, czym są szczere i prawdziwe relacje międzyludzkie.

„Nie wiem”

Patrząc wstecz nie mam dziś do siebie pretensji, że w dniu kolejnych urodzin jestem na rozstaju dróg i najzwyczajniej w świecie nie wiem co dalej. Za mną wiele zamkniętych drzwi, zdobytych szczytów i zburzonych fundamentów. Przede mną jedna wielka niewiadoma. Nie wiem co dalej. Pozwalam sobie na tę niewiedzę. Wiem, że jest ona chwilowa. Ma prawo pojawić się po tak intensywnym roku.

Tak sobie myślę, że coś takiego nie przydarza się każdemu, a jeśli nawet, to raczej nie w tak krótkim czasie. Jestem ogromną szczęściarą, choć z drugiej strony wiem ile wysiłku włożyłam w to, by ten rok tak właśnie wyglądał. Ile zmian musiało zajść we mnie samej, by móc realizować dziecięce marzenia i sięgać wciąż po więcej. To nigdy nie jest łatwe. Tym bardziej jak ma się w sobie sporo krzywdzących przekonań albo takich, które wcale do nas nie należą. Udowodniłam sobie wiele, zbudowałam mnóstwo pięknych relacji, przede wszystkim też z samą sobą i nie ustaję na poszukiwaniach dalszych celów, dróg i tematów do zgłębienia.

Akceptując siebie, wygrywasz wszystko

Choć kompletnie nie czuję się jak na swój wiek (w sercu wciąż jestem nastolatką), to nie wróciłabym się do przeszłości. Dobrze mi z tym moim bagażem doświadczeń. Może w metryce pojawiła się już kolejna cyferka po zeszłorocznej trzydziestce, ale mnie to jakoś zupełnie nie rusza. To, co natomiast mnie wzrusza najbardziej to fakt jak bardzo siebie akceptuję, swoje ciało, charakter, przeżycia i emocje, a ponadto to jak bardzo się zmieniłam i znalazłam w końcu na swojej własnej ścieżce przez nikogo jeszcze nie wydeptanej.   

Jawa – kraina snu na jawie

Posted on 2023-08-302023-08-30

Jawa – kraina snu na jawie

Jako dziecko uwielbiałam początkiem roku szkolnego przeglądać nowe podręczniki. Największą ciekawość wzbudzały książki do przyrody, czy później geografii, gdzie było mnóstwo zdjęć roślinności, zwierząt i krajobrazów. Zanim jednak przejdę do przyrodniczych walorów Jawy, które wzbudziły we mnie długofalowy efekt WOW, skupię się na dwóch perełkach architektonicznych. Mowa o świątyni buddyjskiej Borobudur i świątyni hinduskiej Prambanan.To one na nowo przypomniały mi o tym, jak bardzo doceniam to, że mogę się w tak odległe podróże wybrać.

Buddyjski zen

W drodze do Borobudur poznałam historię buddyzmu oraz dowiedziałam się dość sporo na temat samej świątyni. Niejednokrotnie widywałam ją w różnych atlasach, ale dopiero, gdy stanęłam u jej stóp mogłam zobaczyć jaka jest okazała. U podnóża schodów dotarło do mnie gdzie jestem i poczułam niesamowity przypływ ekscytacji. Niezwykle energetyczne miejsce, które z lotu ptaka wygląda jak ogromna mandala.

Po raz kolejny w moim życiu nie mogłam wyjść z podziwu jak budowla z IX w. mogła powstać w takiej formie. Niezliczona ilość zdobień w kamieniu przedstawiających przeróżne motywy z życia Buddy. Okazałe posągi Buddy w różnych pozach. Zaskakujące detale płaskorzeźb i to zarówno w postaciach ludzkich, jak i zwierzęcych czy roślinnych.

W jednym miejscu przewodniczka zwróciła mi uwagę na miejsca, w których była zaprawa między kamieniami – to część odnowiona w ramach UNESCO, po tym jak budynek uległ zniszczeniu. Wtedy zdałam sobie sprawę, że większość kamieni nie jest niczym złączona! Są tylko idealnie w siebie dopasowane! Przecież to jest aż niewiarygodne!

W końcu znalazłam się na najwyższym poziomie świątyni. Widoki z niej zapierały dech w piersiach – świat wydawał się taki mały. Zewsząd otaczała mnie intensywna zieleń i widok na góry oraz wzgórza. Najpiękniejsze było jednak miejsce, z którego można było ujrzeć majestatyczny wulkan.

Wracając do samej świątyni, ilość na pozór jednakowych stup buddyjskich mnie zaskoczyła. Na pozór, bo tak naprawdę w każdej z nich było coś innego, co miało też wymiar symboliczny. Stupy to takie „kopce” typowe dla buddyjskich świątyń. Ich kształt odporny jest na trzęsienia ziemi. Pełni też przede wszystkim funkcję symboliczną dla wyznawców buddyzmu. Kilka ze stup było ściągniętych, by pokazać co jest w środku. Pod prawie każdą z nich znajduje się figura Buddy.

Świątynia na rozległej równinie

Prambanan to było kolejne miejsce mocy. Już z daleka budowla robiła ogromne wrażenie. Niejedną świątynie hinduską było mi już dane zobaczyć, ale ta była zupełnie inna. Właściwie to kompleks świątynny poświęcony trójcy bogów hinduskich: Brahmie, Wisznu i Śiwie.

Człowiek nawet nie potrafi słowami opisać tego, jak miejsca tego typu działają na ludzki umysł i serce. Stwierdzić, że czułam się jak mrówka pośród tych majestatycznych budowli, to jak nic nie powiedzieć. Tu znów pojawiało się pytanie: Jak? Jak w IX w. powstało coś tak ogromnego i pięknego? Spora część kompleksu uległa zniszczeniu podczas wielokrotnych trzęsień ziemi. Ruiny zostały odbudowane dopiero w XX wieku i to, co zobaczyłam to już odnowione miejsce. Każda świątynia była pięknie ozdobiona płaskorzeźbami. Dookoła można oglądać historie przedstawiające epos Ramayana. Natomiast w środku każdej ze świątyń znajdowały się posągi bogów, nie tylko wspomnianej wcześniej trójcy, ale również np. Durgi czy Ganeszy.     

To jest pałac?

Wychowana w kulturze europejskiej i przyzwyczajona do ogromnych budowli pełniących funkcje pałacu, byłam w szoku, gdy pojawiłam się w pałacu sułtańskim Keraton. To miejsce w żaden sposób nie przypominało tego, co do tej pory miałam w swojej głowie słysząc słowo „pałac”. Przede wszystkim był to bardziej kompleks pałacowy, a nie jeden pojedynczy budynek. W większości były to pawilony. Większość z nich nie posiadała nawet ścian. Dziwnie było przechadzać się pod gołym niebem i przyglądać w większości otwartym pawilonom, które służyły do codziennych czynności, były salą tronową, miejscem rozrywek komnatami ceremonialnymi.

Najpiękniejszy wschód słońca

To, co wzbudziło we mnie najwięcej emocji i pozostanie w mojej pamięci na długie lata, to wyprawa na wschód słońca do Parku Narodowego Bromo. Nie sądziłam, że kiedykolwiek dożyję chwili, gdy nie będę nikogo przeklinać w duchu za to, że muszę wstać o 2:30 w nocy. Byłam tak podekscytowana tą wyprawą, że nie przeszkadzał mi brak porządnego snu, klaustrofobiczny pokój bez okna i fakt, że było naprawdę zimno. Po dotarciu na punkt widokowy, dosłownie brakowało mi oddechu. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak wysoko jestem. Z czasem organizm się przyzwyczaił do mniejszej ilości tlenu i po krótkim śniadaniu w formie banana w cieście i kawy, wyruszyłam na taras widokowy.

Chwila tuż przed wschodem słońca i sam wschód stworzyły najpiękniejszy spektakl barw jaki kiedykolwiek widziałam. Żadne zdjęcie nie było w stanie oddać tego, co zobaczyłam. Dosłownie w każdej minucie krajobraz wyglądał inaczej, a dymiące wulkany dodawały tej aurze dodatkowej magii. Gdybym była malarką, z pewnością uwieczniłabym ten widok na płótnie! To wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego jak mały jest człowiek pośród natury. Przyglądałam się temu wszystkiemu z zachwytem. Wpatrywałam się we wschodzące słońce i przymykałam oczy, by poczuć jedność z tym wszystkim. Okrutne zimno, niewyspanie i głód nie miały w tym czasie żadnego znaczenia.

Sam na sam z ogromnymi siłami natury

Głównym „highlightem” tej wyprawy było dotarcie na szczyt czynnego wulkanu Bromo. Z jednej strony był to dla mnie ogromny wyczyn jako, że nie jestem górską kozicą i chodzenie po górach jest dla mnie raczej rzadkością. Z drugiej strony dojście na wulkan nie należało do łatwych przez nierówne podłoże i zapadające się w nim nogi. Nie poddałam się i dotarłam na szczyt, a tam wpadłam w kolejny zachwyt!

Ostatnio znajoma zapytała mnie jakie były widoki z wulkanu, a ja musiałam się chwilę zastanowić, bo tak naprawdę całą moją uwagę przykuł krater. Jego średnica miała coś koło 700 metrów. Niewielki ołtarzyk zaraz na krawędzi krateru z wizerunkiem Ganeszy w jakiś sposób mnie poruszył. Jednak to, co było dla mnie największym szokiem, to widok ogromnej ilości gazów wydobywających się z wnętrza i ten dźwięk niczym gotująca się woda – jeden wielki bulgot. To drugi moment tego dnia, gdy poczułam się naprawdę malutka i zdałam sobie sprawę z siły jaka drzemie w naturze. Tego się nawet nie da opisać! To po prostu trzeba przeżyć.   

Sen na Jawie

Podczas mojej podróży po Jawie niejednokrotnie czułam się jakbym śniła. Przepiękne budowle z dawnych czasów, ale przede wszystkim przyroda, pozostawiały mnie w nieustannym zachwycie. Za każdym razem zastanawiałam się czy to wszystko dzieje się naprawdę. Ciężko czasami ubrać w słowa swoje przeżycia, więc zostawię tu jeszcze tylko fragment moich notatek z podróży:

„Zachwycam się tym miejscem. Jestem prawie na równiku, wszystko tu egzotyczne, jestem na półkuli południowej, widzę lasy deszczowe i czynne wulkany. Co lepsze, ja nie śnię, to zwykła jawa : )”
Indonezja

Delhi – nieokiełznana stolica

Posted on 2023-04-252023-04-25

Delhi, w moim odczuciu ogromny moloch. Być może spowodowane było to też tym, że po długich godzinach na lotniskach i podczas lotu, znalazłam się w stolicy Indii o 3 nad ranem i trzeba było szybko sobie przypomnieć gdzie jest kosmetyczka i coś na przebranie, by cały dzień zwiedzać to ogromne miasto. Pogoda wówczas jeszcze nie sprzyjała i niewiele różniła się od tej polskiej, zimowej pluchy. Do tego obfita mgła sprawiła, że miałam wrażenie jakbym wcale tam nie była, jakby to był ciągnący się sen, który wcale nie jest rzeczywisty. To był pierwszy moment, gdy zapragnęłam, aby ktoś mnie uszczypnął, bo nie do końca wierzyłam w to, gdzie jestem.

STOLICA KONTRASTÓW

To właśnie w Delhi można było dostrzec najwięcej kontrastów. Ubogie, zaśmiecone dzielnice mieszające się z bogatymi, czystymi osiedlami. Z jednej strony monumentalne, stare budowle świadczące o świetności tego miejsca, a z drugiej brudne ulice, z kłębami kabli snującymi się między odrapanymi z tynku budynkami. Przemierzając delijskie ulice jesteś w stanie poczuć zmysłem węchu dosłownie wszystko. Najpierw uderzy cię niemiły odór rozkładających się śmieci, ale tuż za rogiem o nim zapomnisz, bo przejdziesz obok małej świątyni gdzie rozciąga się zapach pięknych kadzideł. Skrajność prześciguje tu skrajność. Modnie ubrana, niemalże po europejsku z tysiącem błyskotek na rękach, twarzy i nogach Induska wymija siedzących na krawężniku brudnych, w potarganych skrawkach materiału biednych. Tuż za nią podąża kilka kobiet ubranych w kolorowe sari, by za chwilę zobaczyć samotnie idącą dziewczynę w ciemnym hidżabie.

Delhi jest zbyt ogromne, by móc oddać w pełni jego klimat. Zwłaszcza, gdy było się tam tylko dwa razy. Na krótko. To, co mnie osobiście zaskakiwało na każdym kroku to fakt, że w jednej chwili znajdowałam się na bardzo ruchliwej, głośnej, pełnej klaksonów ulicy, a za chwilę spacerowałam po pięknych, zielonych ogrodach, gdzie prócz śpiewu ptaków nic innego nie dało się słyszeć.

PIĘKNO UKRYTE W OGRODZIE

Takie wrażenie zrobił na mnie Grobowiec Humajuna położony w rozległym ogrodzie. Byłam tam na tyle wcześnie, że oprócz bezdomnych psów, wiewiórek i przeróżnych gatunków ptaków, nie napotkałam żadnej innej żywej duszy. Samo mauzoleum wprawiło mnie w zachwyt i wzruszyło. Dopiero wtedy do mnie dotarło gdzie jestem. Próbowałam w głowie zbudować atmosferę, która mogła towarzyszyć przy budowie tej monumentalnej budowli. Coś niesamowitego! Taki Tadź Mahal w kolorowej odsłonie.

IMPONUJĄCY KOLOS

Inną, dość imponującą budowlą był Wielki Meczet w Starym Delhi – Dźama Masdźid. Naprawdę był ogromny, ale nie był dla mnie czymś całkowicie nowym. Widziałam już wiele meczetów. To, co może irytować (mnie przynajmniej irytowało) to fakt, że kobieta niemuzułmańska nie wejdzie tam bez ubrania na siebie czegoś na kształt chałatu. Nie ma znaczenia, że masz zakryte nogi i ręce oraz założysz chustę na głowę. Nie i koniec. Tylko dlatego, że nie wyglądasz jak osoba lokalna i jesteś turystką.

DELIJSKIE ULICE

Jak już wcześniej wspomniałam, delijskie ulice robiły wrażenie. Zwłaszcza te wąskie, gdzie za każdym rogiem słychać było klaksony, a każdy dom zdawał się wyglądać jak opuszczony. Największym zaskoczeniem była jednak ogromna ulica Chandni Chowk, gdzie znajdowało się dosłownie wszystko. Pomijam już fakt, że obok siebie znajdowały się przeróżne świątynie – dźinijska, hinduska, meczet czy kościół katolicki. Pełno było także straganów, sklepów i restauracji.

MONUMENTALNY MINARET

Ostatnim miejscem, które zobaczyłam był niewiarygodnie piękny kompleks Kutb Minar, gdzie widoczne były wpływy zarówno hinduskie, jak i islamskie. Nie mogłam nadziwić się zdobionym filarom i temu, ile tego jest. Wrażenie robił minaret wykonany z czerwonego piaskowca, który również miał cudowne, ozdobne żłobienia, a sięgał wysokości 73 m.

ZAPISKI Z PODRÓŻY

Delhi było dla mnie trudnym miastem. Wciąż mam mieszane uczucia co do niego. Za mało zobaczyłam. Za krótko tam byłam. Nie wydam żadnej opinii. Zostawię jedynie jeszcze ten krótki wpis z mojego dzienniczka:

„…Bieda uderza człowieka. Zwłaszcza, gdy widzisz małe, brudne, w byle jakich łachmanach dzieciaki stojące na najbardziej ruchliwej drodze. Uderza też ilość opuszczonych psiaków, które szukają kontaktu z człowiekiem… Momentalnie odczuwasz wyrzuty sumienia, że jesteś bardziej uprzywilejowany. Z drugiej strony twoje zmysły odurza intensywność smaków, kolorów, dźwięków czy zapachu unoszących się kadzideł, majestatyczne czerwone piaskowce i wapienie.”
View this post on Instagram

A post shared by Paulina Merz (@pauli.soulinjourney)

Do Delhi jeszcze wrócę przy osobnym wpisie dotyczącym jednego z najbardziej imponujących kompleksów świątynnych, jaki zobaczyłam podczas mojej pierwszej wizyty w Indiach.

Newer Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.