W studiu kompozytora
– o muzyce, emocjach i powrocie do siebie
Ten tekst nie powstał wtedy, kiedy powinien. Tak przynajmniej długo myślałam. Bo wtedy się to wszystko wydarzyło. Był to jednak czas, gdy byłam od siebie zbyt daleko. Moja wrażliwość i kreatywność uśpiły się na dłuższy czas. Nie pisałam i nie tworzyłam. Moje życie koncentrowało się na typowym schemacie – praca-dom-praca. Dusza próbowała się przedrzeć, dać o sobie znać, ale nie do końca skutecznie.
To był mój drugi raz na Teneryfie. Tym razem była to stolica wyspy – Santa Cruz de Tenerife. Spędziłam tam cały tydzień. Byłam w pięknym miejscu, ale nie do końca osadzona w sobie.
Spotkanie w Santa Cruz de Tenerife
Któregoś dnia zostałam zaproszona przez Diego Navarro do jego studia. Niesamowicie ciężko było nam zsynchronizować swoje terminarze, ale w końcu się udało. Jednego późnego popołudnia wybrałam się do wskazanego przez niego miejsca. Miałam tam bardzo blisko, bo mieszkałam w samym centrum stolicy.
Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy stanęłam przed domofonem. Czułam, że spotka mnie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Ekscytacja mieszała się z lękiem.

Święta przestrzeń
Jego studio nie było ogromne. Z perspektywy czasu ciężko przypomnieć sobie detale, ale wiem, że w pierwszej części znajdowało się mnóstwo plakatów, statuetek i różnych bibelotów związanych z nim samym i światem muzyki filmowej. Takie żywe muzeum, w którym można było przyjrzeć się artyście i jego życiu.
Drugie pomieszczenie to było centrum dowodzenia. Święta przestrzeń kompozytora. Było tam mnóstwo monitorów, głośników, pianino oraz sporo urządzeń i sprzętów, których pewnie nie potrafię nawet nazwać. Znajdowały się tam też plakaty z filmów, do których skomponował muzykę.
Do dziś pamiętam uczucie onieśmielenia, które towarzyszyło mi po przekroczeniu progu tego miejsca. Zatrzymałam się, bo czułam, jakby ciało potrzebowało sekundy więcej, by móc tam wkroczyć. To było miejsce, gdzie mogłam zobaczyć nie tylko efekty pracy, ale również cały proces bycia artystą. Tam pojawiały się pierwsze dźwięki i emocje. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałam go o to, co jest trudniejsze – sam proces tworzenia, czy puszczenie tego w świat. Kojarzę, że się przy tym pytaniu na moment zatrzymał… Byłam ogromnie ciekawa tego, co się dzieje w jego głowie i jakie krążą wówczas myśli. Onieśmielało mnie to, jak bardzo chciałam to zrozumieć.
Muzyka przepływająca przez ciało
Dostąpiłam wtedy zaszczytu, by posłuchać czegoś, co wtedy jeszcze nie ujrzało światła dziennego. Po raz pierwszy mogłam wsłuchać się w muzykę w profesjonalnym studiu z najlepszej jakości głośnikami, w których dźwięk był czysty i przestrzenny. Nie zapomnę tego uczucia. Całe moje ciało przeszywały dreszcze, bo Diego w tej kompozycji wykorzystał dużo smyczków i chóru – dwa elementy, które zawsze wywołują we mnie takie samo poruszenie. Przymknęłam oczy. Siedziałam nieruchomo, choć moja noga mimowolnie wybijała rytm. Nawet nie próbowałam analizować tego, co słyszę. Moje ciało i serce rozumiało szybciej niż głowa.
Zaskoczyły mnie też słowiańskie motywy w jego twórczości. Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Próbował mi opowiedzieć film bez zdradzania zbyt wiele, ale tak, by łatwiej było mi zrozumieć motywy muzyczne, które skomponował. Potrafiłam oczami wyobraźni zobaczyć sceny, o których opowiadał.

To spotkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć artystę w swoim świętym miejscu. Tam, gdzie wszystko się rodziło i było doprowadzane do perfekcji. Miałam wrażenie, że na chwilę weszłam do jego świata. Czułam emocje, jakie towarzyszą człowiekowi, który wie, że lada moment jego twórczość pójdzie w świat i będzie zmuszony to puścić. Zobaczyłam człowieka, który słowami potrafi opisać to, co czuje, komponując muzykę. Poznałam opowieść, którą chce przekazać światu poprzez dźwięki.
Zostanie ze mną na wieki
Po czym w ogóle rozpoznaję, że to spotkanie było dla mnie wtedy ogromnie poruszające i inspirujące, mimo że wówczas nie mogłam znaleźć w sobie siły i odpowiednich słów, by je odnaleźć? Przede wszystkim wciąż je pamiętam, choć wiadomo – nieszczegółowo. Po drugie, następnego dnia rano, gdy obudziłam się o wschodzie słońca, wyszłam na balkon w swoim hotelowym pokoju i napisałam wiersz. Tak po prostu, wpatrując się w ocean i wschodzące słońce. To był przypływ, który musiał znaleźć swoje ujście.
Dziś rozumiem, że ten moment zaczął coś we mnie na nowo otwierać. Ten tekst mógł powstać dopiero teraz. Może dlatego właśnie potrzebowałam usłyszeć od Diego – spróbuj sobie jeszcze raz wyobrazić tę sytuację i co wtedy czułaś, ale z dzisiejszej perspektywy i tego jak jest teraz. Tak zrobiłam.
Dziękuję Maestro.














