Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with muzyka filmowa

AlterFMF: Immersive Experience: Hauschka

Posted on 2026-05-222026-05-22

AlterFMF: Immersive Experience: Hauschka

koncert podczas 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Volker Bertelmann, który tworzy również pod pseudonimem Hauschka to zdecydowanie artysta, który traktuje spotkanie z muzyką jak nieustanny eksperyment. Od lat tworzy własny, niezwykle charakterystyczny świat dźwięków, przesuwając granice klasycznego fortepianu i pokazując, jak wiele nieoczywistych brzmień może kryć w sobie jeden instrument.

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Intensywność

Podczas koncertu AlterFMF: Immersive Experience mogłam zanurzyć się w doświadczeniu balansującym pomiędzy improwizacją, elektroniką i przestrzennym dźwiękiem. Dla mnie stanowiło to nie lada wyzwanie. Brzmiało to niezwykle intensywnie i niepokojąco. Jednak bez wątpienia było wyjątkowe doświadczenie. 

Jeden z tych koncertów, które bardziej się przeżywa niż po prostu słucha. Hauschka od pierwszych minut sprawiał wrażenie całkowicie zanurzonego w dźwięku. Był skupiony, przejęty i zdawał się autentycznie czerpać radość z improwizacji. Widać było, że nie odtwarza gotowych schematów, ale naprawdę bawi się muzyką i prowadzi ją intuicyjnie, pozwalając jej żyć własnym rytmem. Było w tym coś autentycznie fascynującego do obserwowania. 

Hauschka
fot. Martyna Fidelus

Przestrzenny dźwięk

Dźwięk przestrzenny otaczał publiczność z każdej strony, przez co dla mnie momentami doświadczenie stawało się zbyt przytłaczające. Niektóre brzmienia były mroczne, momentami niemal przerażające. Ciężko uwierzyć, że wszystkie te melodie wydobywały się właśnie z fortepianu. Próbowałam wyobrazić sobie, co działo się wewnątrz instrumentu i jak wiele eksperymentów kryło się za tak nieoczywistym brzmieniem.

I choć był to koncert wymagający oraz niezwykle intensywny sensorycznie, trudno odmówić muzykowi oryginalności i ogromnej pasji. Było w tym coś hipnotyzującego. Czułam się tak, jakbym balansowała pomiędzy fascynacją, niepokojem i całkowitym zanurzeniem w dźwięku.

Magia Jamesa Newtona Howarda

Magia Jamesa Newtona Howarda

Posted on 2026-05-192026-05-20

Magia Jamesa Newtona Howarda

koncert podczas 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

Magia Jamesa Newtona Howarda

Są kompozytorzy, których muzykę się słyszy. Są też tacy, których muzykę się czuje. James Newton Howard od dekad tworzy ścieżki dźwiękowe, które prowadzą widzów przez światy pełne magii, emocji i wewnętrznych napięć. Podczas koncertu „Magia Jamesa Newtona Howarda” na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie publiczność mogła zanurzyć się nie tylko w najbardziej rozpoznawalnych tematach z filmów takich jak „Czarownica”, „King Kong” czy „Igrzyska śmierci”, ale także odkryć mniej znane oblicza jego twórczości. Wydarzenie było tym bardziej wyjątkowe, że prowadził je sam kompozytor.

Magia Jamesa Newtona Howarda

Lekkie prowadzenie

Myślę, że na początku trzeba podkreślić to, że James Newton Howard nie jest zawodowym dyrygentem. Jednak podjął się poprowadzić orkiestrę wraz z dwoma chórami. Do tego jeszcze zajął się konferansjerką pomiędzy utworami. Opowiedział nam szalenie urocze historie w bardzo lekki i zabawny sposób.

Ciężko wybrać spośród jego utworów te najlepsze, bo cenię sobie całą jego twórczość, ale spróbuję. Będę sugerować się tym, co usłyszałam w czwartkowy wieczór w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Zasługujące na wyróżnienie

Na początek wrażenie na mnie zrobiła suita z filmu „Królewna Śnieżka i Łowca”. Zachwycały mnie w niej smyczki, fortepian, ale też momenty przejścia w cięższe brzmienia. Czułam się, jakbyśmy weszli w mrok, gdzie było dużo kotłów, instrumentów dętych i kontrabasów. Przypomniało mi się przy tej suicie za co kocham dźwięk fortepianu. Do tego jeszcze chór Filharmonii Krakowskiej i czułam podskórnie dreszcze przeszywające całe ciało. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Kolejną suitą, która zapadła mi w pamięć była z pewnością ta z filmu „Osada”. Zwłaszcza solo skrzypiec i fortepian. Siedziałam na niej z przymkniętymi oczami i wsłuchiwałam się w piękne dźwięki rozchodzące się po sali.

Czymś nieco odmiennym od poprzednich dwóch suit był utwór „Solomon Vandy” z filmu „Krwawy Diament”. Połączenie wokalu Damiana Ukeje z dziecięcym chórem Filharmonii Krakowskiej oraz późniejszym wejściem Ablaye Badji na djembe, to był dla mnie największy highlight tego koncertu. Coś naprawdę przenoszącego na moment w inny wymiar. Miałam wrażenie, że nie siedzę w sali koncertowej. Moje ciało bardzo chciało wprawić się w ruch przy tych niesamowitych dźwiękach. 

Niesamowite jak skromność Jamesa Newtona Howarda podkreśla jego wielkość jako kompozytora! Tych kilka dźwięków wzruszenia pozostanie ze mną jeszcze przez jakiś czas.

W studiu Diego Navarro

Posted on 2026-05-072026-05-07

W studiu kompozytora

– o muzyce, emocjach i powrocie do siebie

Ten tekst nie powstał wtedy, kiedy powinien. Tak przynajmniej długo myślałam. Bo wtedy się to wszystko wydarzyło. Był to jednak czas, gdy byłam od siebie zbyt daleko. Moja wrażliwość i kreatywność uśpiły się na dłuższy czas. Nie pisałam i nie tworzyłam. Moje życie koncentrowało się na typowym schemacie – praca-dom-praca. Dusza próbowała się przedrzeć, dać o sobie znać, ale nie do końca skutecznie. 

To był mój drugi raz na Teneryfie. Tym razem była to stolica wyspy – Santa Cruz de Tenerife. Spędziłam tam cały tydzień. Byłam w pięknym miejscu, ale nie do końca osadzona w sobie.

Spotkanie w Santa Cruz de Tenerife

Któregoś dnia zostałam zaproszona przez Diego Navarro do jego studia. Niesamowicie ciężko było nam zsynchronizować swoje terminarze, ale w końcu się udało. Jednego późnego popołudnia wybrałam się do wskazanego przez niego miejsca. Miałam tam bardzo blisko, bo mieszkałam w samym centrum stolicy.

Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy stanęłam przed domofonem. Czułam, że spotka mnie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Ekscytacja mieszała się z lękiem.

Święta przestrzeń

Jego studio nie było ogromne. Z perspektywy czasu ciężko przypomnieć sobie detale, ale wiem, że w pierwszej części znajdowało się mnóstwo plakatów, statuetek i różnych bibelotów związanych z nim samym i światem muzyki filmowej. Takie żywe muzeum, w którym można było przyjrzeć się artyście i jego życiu. 

Drugie pomieszczenie to było centrum dowodzenia. Święta przestrzeń kompozytora. Było tam mnóstwo monitorów, głośników, pianino oraz sporo urządzeń i sprzętów, których pewnie nie potrafię nawet nazwać. Znajdowały się tam też plakaty z filmów, do których skomponował muzykę. 

Do dziś pamiętam uczucie onieśmielenia, które towarzyszyło mi po przekroczeniu progu tego miejsca. Zatrzymałam się, bo czułam, jakby ciało potrzebowało sekundy więcej, by móc tam wkroczyć. To było miejsce, gdzie mogłam zobaczyć nie tylko efekty pracy, ale również cały proces bycia artystą. Tam pojawiały się pierwsze dźwięki i emocje. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałam go o to, co jest trudniejsze – sam proces tworzenia, czy puszczenie tego w świat. Kojarzę, że się przy tym pytaniu na moment zatrzymał… Byłam ogromnie ciekawa tego, co się dzieje w jego głowie i jakie krążą wówczas myśli. Onieśmielało mnie to, jak bardzo chciałam to zrozumieć.

Muzyka przepływająca przez ciało

Dostąpiłam wtedy zaszczytu, by posłuchać czegoś, co wtedy jeszcze nie ujrzało światła dziennego. Po raz pierwszy mogłam wsłuchać się w muzykę w profesjonalnym studiu z najlepszej jakości głośnikami, w których dźwięk był czysty i przestrzenny. Nie zapomnę tego uczucia. Całe moje ciało przeszywały dreszcze, bo Diego w tej kompozycji wykorzystał dużo smyczków i chóru – dwa elementy, które zawsze wywołują we mnie takie samo poruszenie. Przymknęłam oczy. Siedziałam nieruchomo, choć moja noga mimowolnie wybijała rytm. Nawet nie próbowałam analizować tego, co słyszę. Moje ciało i serce rozumiało szybciej niż głowa. 

Zaskoczyły mnie też słowiańskie motywy w jego twórczości. Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Próbował mi opowiedzieć film bez zdradzania zbyt wiele, ale tak, by łatwiej było mi zrozumieć motywy muzyczne, które skomponował. Potrafiłam oczami wyobraźni zobaczyć sceny, o których opowiadał. 

To spotkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć artystę w swoim świętym miejscu. Tam, gdzie wszystko się rodziło i było doprowadzane do perfekcji. Miałam wrażenie, że na chwilę weszłam do jego świata. Czułam emocje, jakie towarzyszą człowiekowi, który wie, że lada moment jego twórczość pójdzie w świat i będzie zmuszony to puścić. Zobaczyłam człowieka, który słowami potrafi opisać to, co czuje, komponując muzykę. Poznałam opowieść, którą chce przekazać światu poprzez dźwięki. 

Zostanie ze mną na wieki

Po czym w ogóle rozpoznaję, że to spotkanie było dla mnie wtedy ogromnie poruszające i inspirujące, mimo że wówczas nie mogłam znaleźć w sobie siły i odpowiednich słów, by je odnaleźć? Przede wszystkim wciąż je pamiętam, choć wiadomo – nieszczegółowo. Po drugie, następnego dnia rano, gdy obudziłam się o wschodzie słońca, wyszłam na balkon w swoim hotelowym pokoju i napisałam wiersz. Tak po prostu, wpatrując się w ocean i wschodzące słońce. To był przypływ, który musiał znaleźć swoje ujście. 

Dziś rozumiem, że ten moment zaczął coś we mnie na nowo otwierać. Ten tekst mógł powstać dopiero teraz. Może dlatego właśnie potrzebowałam usłyszeć od Diego – spróbuj sobie jeszcze raz wyobrazić tę sytuację i co wtedy czułaś, ale z dzisiejszej perspektywy i tego jak jest teraz. Tak zrobiłam.

Dziękuję Maestro. 

Muzyka filmowa z mojej perspektywy…

Posted on 2025-06-042025-06-04

Post scriptum na początek

Post scriptum zwykle jest na końcu, ale pozwolę sobie umieścić je opacznie — na początku. Skoro będzie o muzyce filmowej, można sobie włączyć do czytania właśnie ją. Jeśli nie macie pomysłu, trochę „zaspoileruję” i podpowiem, że możecie włączyć sobie cały soundtrack do filmu „Pachnidło: historia mordercy”. Więcej, póki co, nie zdradzę, więc do sedna…

Nie o nauce, a o czuciu

Zakładam, że jakieś badania naukowe na temat wpływu muzyki filmowej na nas, ludzi, ktoś już poczynił. Zakładam również, że być może zostało to jakoś naukowo wyjaśnione. Może ktoś skupił się na tym, co dzieje się wtedy w naszym mózgu czy ciele. Natomiast to, o czym ja chcę napisać, bynajmniej nie będzie podparte nauką. Chcę skupić się całkowicie na odczuciach, jakie za tym idą. Pragnę przyjrzeć się emocjom i temu, jak potrafi zareagować ciało na różnego typu dźwięki albo ich połączenia.

Gdy tekst powstaje pod wpływem muzyki…

Co jest w tym wszystkim dla mnie najbardziej intrygujące? Chyba sam fakt, że siedzę w tym momencie ze słuchawkami na uszach i w tle leci muzyka filmowa. Dokładnie teraz jest to „El Cuco Suite” skomponowana przez Diega Navarro. Już o nim niejednokrotnie wspominałam i znalazło się dla niego miejsce w moich inspiracjach. Czemu akurat ten utwór? Może kiedyś do tego wrócę. Może w jakimś innym wpisie. To piękna historia i na pewno zasługuje na osobne miejsce.

Muzyczna wrażliwość od dzieciństwa

Od dzieciństwa czułam, jak poruszają mną różne melodie. Odczuwałam to poprzez emocje, ale też ciało. Potrafiłam się wzruszyć do tego stopnia, że miałam łzy w oczach. Zdarzało się, że czułam przyjemne dreszcze przebiegające po ciele. Niekiedy budowało się też napięcie w środku. Od zawsze moim bodźcem wywołującym te rozmaite uczucia były głównie skrzypce, fortepian lub chór. Połączenie tych trzech elementów bywało czymś naprawdę nie do opisania dla mojej wrażliwości.

Pierwsze spotkanie z muzyką filmową

Będąc na studiach, mogłam zdecydowanie świadomiej wybierać muzykę, która mnie przyciąga. Tu przypomina mi się zawsze moment, gdy wraz z przyjaciółką (a właściwie to za jej namową) poszłam na projekcję filmu „Pachnidło: historia mordercy” z muzyką na żywo. Było to jeszcze w Hali Ocynowni, która dodawała klimatu wszystkim koncertom w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej. Przepadłam na wieki…

Dreszcze, zachwyt i…„Streets of Paris”

Czy ja właśnie w tej chwili włączyłam sobie soundtrack do tego filmu? Możecie się domyślić odpowiedzi. W słuchawkach wybrzmiewa „Streets of Paris”, a ja na moment się zatrzymałam, bo znów poczułam przyjemne dreszcze przechodzące mnie od stóp do głów. Uwielbiam to uczucie. Nie wiem, czy każdy człowiek w ten sam sposób odczuwa takie rzeczy, ale jeśli nie, to jest mi po prostu przykro. Mam tylko nadzieję, że są wówczas inne rzeczy, które wprawiają w taki sam zachwyt i rozbudzają ten sam rodzaj euforii.

Głos, który przenika duszę

Uświadamiam sobie podczas słuchania „Meeting Laura”, że ludzki głos, zwłaszcza ten operowy, również potrafi mnie poruszyć w nieopisywalny sposób. I co właściwie sprawia, że muzyka filmowa stała się niejako esencją mojego życia? Zdecydowanie moja wrażliwość na dźwięki i dusza artysty. Tak, mogę to dziś już otwarcie przyznać. Jest we mnie cząstka twórcy…

Wyparcie i powrót

Owszem, był czas, że próbowałam to zablokować, porzucić, wyprzeć się tego. Czy było warto? Już dziś wiem, że nie. Moje życie miało wtedy w sobie pustkę, której nie mogłam wypełnić niczym innym. Czułam, że staję się niejako ignorantką pozbawioną emocji i uczuć. Nie miałam w sobie weny i nie tworzyłam niczego. Nie umiałam długo tkwić w takim stanie. To mnie zżerało od środka. Dusiłam się. Potem — jedno zdarzenie, gdy na nowo zbliżyłam się do muzyki filmowej, i znowu czas przerwy.

Nowa forma powrotu

Niedawno powróciłam do niej w nieco innej formie — poprzez muzykę z filmów Bollywood — by teraz, przy okazji kolejnej edycji FMF, zawitać do tego świata na nowo. Czuję, jak serce bije mi w rytm „Grenouille’s Childhood”. Muzyka jest we mnie i wpływa nawet na to, o czym teraz piszę. Każdy kolejny utwór zmienia nieco to, o czym myślę. Pewnie będzie to odczuwalne, gdy na nowo odczytam całość.

O emocjach, nie o mechanizmach

I tak — nie wiem do końca, w jaki sposób muzyka filmowa wpływa na procesy zachodzące w organizmie i skąd te wszystkie reakcje, ale nie potrzebuję tego rozumieć. O tym jest dla mnie muzyka, a w szczególności ta filmowa — o zwyczajnym czuciu. O emocjach, porywach serca, o duszy i tym, co tkwi czasem na jej dnie. Muzyka filmowa przepływa przez ciało falami i potrafi wprawić w trans albo przenieść w zupełnie inną galaktykę. To jest w niej najpiękniejsze!

Czuć muzykę całym sobą

Podczas tegorocznego FMF miałam okazję porozmawiać z moim serdecznym przyjacielem o tym, jak cudownie jest obserwować osoby, które czują muzykę całym sobą. Wzięliśmy tu za przykład Diega Navarro jako dyrygenta, a ja dodatkowo w głowie miałam jeszcze koncert Aleksandra Dębicza. O ile więcej magii jest w patrzeniu na człowieka, który żyje muzyką, którą w danej chwili tworzy. Co jeszcze bardziej niezwykłe — wystarczy przymknąć oczy i to po prostu poczuć. Wierzcie mi lub nie, ale wtedy otoczenie też zauważy waszą kontemplację muzyki i okaże się, że ten widok również robi wrażenie. Zakładam jednak, że pewnie nie każdy jest w stanie to poczuć i znów — jest mi przykro z tego powodu.

Zamknięcie w dźwięku

Właściwie nie wiem, na ile ten tekst jest spójny, bo powstaje pod wpływem chwili i muzyki filmowej w tle, która zmienia się jak kadry filmu. Z doświadczenia wiem, że taki tekst lepiej się odczuwa, gdy podąża się za tymi utworami. Może niejako da się wtedy poczuć moją duszę, którą ukryłam w tych słowach? W tle leci „Awaiting Execution” i sama czuję, jak z każdym dźwiękiem rośnie we mnie napięcie. Smyczki przyprawiają o zawrót głowy i… nie wiem już, co chciałam napisać.
I tak to tu zostawię…

FMF – POŁĄCZENIE PASJI Z POMOCĄ INNYM

Posted on 2025-05-302025-05-30

FMF – POŁĄCZENIE PASJI Z POMOCĄ INNYM

Ostatnia przygoda z wolontariatem? Świadoma decyzja i trwanie w tym przez 6 lat. Miejsce, które zawsze będę nazywać swoim drugim domem – Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie.

To doświadczenie zaczęło się niepozornie – od pokazu „Pachnidła” z muzyką na żywo w 2012 roku. Ale dopiero w 2014, zachęcona przez przyjaciółkę, zdecydowałam się na pierwszy wolontariat. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Wylądowałam na obsłudze widowni. Zadania były proste: wskazywanie miejsc, odpowiadanie na pytania, czasem krótka rozmowa o muzyce. To wtedy po raz pierwszy poczułam magię FMF – nie tylko na scenie, ale też za kulisami.

Po rocznej przerwie w 2015 wróciłam w 2016 – tym razem na produkcję. Opieka nad artystami, garderoby, próby, nieustanne bieganie od rana do wieczora, spełnianie zachcianek gwiazd i ogrom organizacyjnych wyzwań. Brzmi wyczerpująco? I tak było – ale również niesamowicie satysfakcjonująco.

Dla wielu niezrozumiałe. „Po co ci to, przecież za darmo?”. A dla mnie? Najpiękniejszy rodzaj zapłaty – emocje, ludzie, muzyka i świadomość, że jestem częścią czegoś większego. Czegoś, co łączy ludzi bez względu na kraj, język czy status.

Z czasem pokochałam to jeszcze bardziej. Muzyka filmowa stała się moim ulubionym gatunkiem, a koncerty na żywo – doświadczeniem niemal duchowym. Dreszcze, wzruszenie, poczucie wspólnoty. Ale największą wartością tego festiwalu są ludzie. Tworzymy wspólną rodzinę – pełną wsparcia, śmiechu, spontanicznych rozmów i wspomnień na całe życie.

Choć dziś już nie uczestniczę w FMF, wciąż czuję ten puls. Kiedy piszą do mnie znajomi z zagranicy z pytaniem, czy będę – serce mi mięknie. Gdy widzę zdjęcia z prób czy bankietów, uśmiecham się szeroko. I choć zawodowo dziś jestem gdzie indziej, wiem, że to właśnie FMF dało mi wiele z tych kompetencji, które dziś wykorzystuję w pracy. Organizacja, odporność na stres, komunikacja – to wszystko ćwiczyłam tam, między garderobami a salą koncertową.

Dlaczego więc o tym piszę? Bo ten festiwal to nie tylko przeszłość – to część mojej tożsamości. To dowód na to, że pasja, relacje i oddanie mogą być cenniejsze niż jakikolwiek kontrakt. Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tej historii. Ona wciąż żyje – we mnie i z pewnością w wielu z Was.

Do zobaczenia… może jeszcze kiedyś, gdzieś między dźwiękami muzyki filmowej.

Newer Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.