Koncert Y&P Symphony Orchestra
w jordanowskim CKiBM

Nie tylko muzyka filmowa
Pisałam już o nich kilka razy. Do tej pory skupieni byli wyłącznie na muzyce filmowej. Tym razem pojawiły się też po prostu utwory rozrywkowe, ale dobrane tak, by miały w sobie głębszy przekaz. A o kim mówimy? O Y&P Symphony Orchestra.
Za każdym razem mam wrażenie, że trudno przejść obok nich obojętnie. Kiedy na scenie pojawia się grupa młodych ludzi, którzy z taką energią i zaangażowaniem podchodzą do muzyki, trudno nie poczuć zwyczajnej radości z tego, że można być tego świadkiem. Tego wieczoru cieszyło mnie właśnie to. Nie tyle poszczególne dźwięki, choć tych oczywiście nie zabrakło, ile obserwowanie muzyków, którzy naprawdę lubią być na scenie i razem tworzyć muzykę.
Tego nie widać ze sceny
A przecież to, co widzimy podczas koncertu, jest zaledwie fragmentem całej historii. Publiczność przychodzi, zajmuje miejsca, gasną światła i po chwili słyszymy pierwsze dźwięki. Nie widzimy jednak godzin prób, ćwiczenia poszczególnych partii, organizacyjnych przygotowań, dojazdów czy wszystkich tych drobnych rzeczy, które trzeba zrobić, zanim orkiestra w ogóle będzie mogła stanąć przed nami.

Więcej niż machanie rękami
Jest też oczywiście osoba, bez której trudno byłoby tę całą muzyczną układankę spiąć w jedną całość. To dyrygent i założyciel orkiestry – Łukasz Wicher. Z perspektywy widza łatwo sprowadzić jego rolę do tego charakterystycznego stania tyłem do publiczności i poruszania rękami w rytm muzyki. A przecież właśnie wtedy, kiedy my możemy spokojnie usiąść i zanurzyć się w dźwiękach, on musi czuwać nad ogromną liczbą rzeczy. Słuchać, obserwować, reagować, pilnować tempa, wejść i dynamiki, a przy tym pamiętać o tym, że za każdym instrumentem siedzi konkretny młody człowiek.
Kiedy jednak zaczyna się koncert, wszystkie te rzeczy schodzą na dalszy plan, bo najważniejsza staje się muzyka. A tej podczas tego wieczoru było naprawdę sporo. Jak zwykle w przypadku tej orkiestry, trudno było narzekać na brak różnorodności.

Głosy, które zostają w pamięci
Jednym z poruszających momentów był utwór „Dziwny jest ten świat” z wokalem Olgi Koczwary. Każdy kto zna tę piosenkę wie, że ma w sobie ogromny ciężar emocjonalny i wymaga od wykonawcy nie tylko głosu, ale też odpowiedniej wrażliwości. Olga poradziła sobie z nim świetnie – chciało się po prostu słuchać i nie myśleć o niczym więcej.
Niedługo później przyszło „Show Must Go On” w wykonaniu Mileny Filas i znów trudno było pozostać obojętnym. Ten utwór sam w sobie stawia wykonawcę przed niemałym wyzwaniem, a Milena zdecydowanie pokazała, że potrafi udźwignąć jego energię. Zresztą jej głos wracał jeszcze kilka razy i za każdym razem w trochę innym muzycznym kontekście.
Moją uwagę zwrócił bardzo dobrze brzmiący żeński chórek. Niezwykle czarował w tle solistek, ale tu znów zasługa świetnego nagłośnienia, bo czasami takie rzeczy giną w oceanie dźwięków.

Fortepianowe historie, czyli o mojej koncertowej perełce
Szczególnie podobało mi się „Imagine”. Zarówno ze względu na wokal Mileny, jak i aranżację oraz fortepian, który w tym wykonaniu miał dla mnie naprawdę dużo do powiedzenia. Podobnie było później w „My Immortal”, gdzie znowu zwróciłam uwagę na połączenie fortepianu z aranżacją i wokalem Mileny.
Fortepian pojawił się zresztą również w „We Are the Champions”, tym razem w bardzo ciekawym połączeniu z wokalem Oliwii. I właśnie takie momenty lubię w koncertach najbardziej. Kiedy znany utwór dostaje swoją własną muzyczną historię. Nagle zaczynamy słuchać go trochę inaczej niż wcześniej.
Dlatego moją małą osobistą perełką tego koncertu była Maja Kornaś. Mam słabość do fortepianu, bo sama grałam. Cieszyło mnie, że tym razem można było usłyszeć ją nie tylko w momentach solowych, ale również w szerszym brzmieniu całego zespołu. Zresztą dobre nagłośnienie naprawdę potrafi sprawić, że zaczynamy zauważać również te elementy, które łatwo mogłyby zginąć w całości.

Scena należy do niego
Nie zabrakło również zupełnie innych klimatów. Bartłomiej Solarz, który już tradycyjnie ma wyjątkową łatwość w przyciąganiu uwagi publiczności, tym razem zachwycił mnie w „Lose Yourself” Eminema. Trudno zresztą się dziwić, skoro obok skrzypiec, które znamy z jego występów, pojawiły się również kolejne jego muzyczne wcielenia. Skrzypek, solista, raper, gitarzysta – naprawdę można się zastanawiać, czy jest jeszcze jakaś muzyczna rola, której nie postanowiłby pewnego dnia wypróbować.

Nie tylko symfonicznie
Chłopaki na perkusjach i gitarze elektrycznej również zdecydowanie nie pozostawali w tyle. Dodatkowym, bardzo ciekawym elementem była piosenka AC/DC z gościnnym udziałem Magnusa Karczewskiego z The Voice of Kids.
Dobór repertuaru był naprawdę imponujący, bo słyszeć rockowe i rapowe utwory w symfonicznym aranżu – coś niebywałego!

Klik, który ratuje z opresji
Niestety wielkość sali, a co za tym idzie – bliskość sceny, ma swoje małe wady. Ciężko mi było nie słyszeć kliknięć. Jednak to coś, czego do tej pory orkiestra nie miała. Do tego odsłuch dla każdego muzyka. Choć dla osoby słuchającej koncertu nie są one może najbardziej pożądanym elementem, przy amatorskiej orkiestrze potrafię na nie spojrzeć trochę inaczej. Jeśli dzięki niemu jest mniejsza szansa, że kilkadziesiąt osób nagle zacznie żyć własnym muzycznym życiem, jestem w stanie mu wybaczyć nawet to, że od czasu do czasu przypomni o swoim istnieniu.
Słyszalna radość
Bo chyba właśnie o to chodzi w tych koncertach. Nie o absolutną perfekcję, nie o to, żeby każdy element był idealny, ale o możliwość wspólnego muzykowania. O młodych ludzi, którzy mają przestrzeń, żeby próbować, rozwijać się, czasem zaskakiwać samych siebie i przede wszystkim – czerpać z tego radość.
A kiedy widzę, ile radości im to daje, naprawdę trudno się z tego nie cieszyć razem z nimi.