Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with Paulina Merz

List do siebie

Posted on 2025-12-062025-12-06

Czasem najtrudniej napisać do siebie.
Nie dlatego, że brakuje słów, ale dlatego, że trudno się zatrzymać — by naprawdę siebie posłuchać
i chcieć usłyszeć.
Zatrzymać się, żeby nie oceniać, nie wymagać, nie poprawiać.
Po prostu — być z taką wersją siebie, jaka jest.

Ten wiersz powstał właśnie z takiej potrzeby.
To był czas, gdy zamknięto nas w domach z powodu pandemii.
Czas, który odbijał się na zdrowiu — fizycznym, ale też psychicznym.

To wtedy poczułam, że potrzebuję się sobą zaopiekować.
Ale żeby to zrobić, muszę się najpierw zaakceptować i polubić.

Dlatego z potrzeby czułości wobec siebie — z wczoraj, z dziś i z jutra — powstał ten wiersz.
Z potrzeby powiedzenia sobie: „lubię Cię, nawet jeśli nie wszystko wiem, nawet jeśli wciąż się uczę”.

Niech ten List do siebie przypomina Ci, że możesz być po swojej stronie.
Pamiętaj — lubienie siebie to proces, który dojrzewa powoli, ale pięknie.

List do siebie

List do siebie - grafika z wierszem autorstwa Pauliny Merz
  • muzyka filmowa (7)
  • Twórczość (2)
  • Wiersze (49)
  • Z żyćka belferki (1)
  • Zapiski codzienności (43)

Most między strachem a odwagą

Posted on 2025-11-292025-11-29

Most między strachem a odwagą

Zimowe niebo z półksiężycem i drzewami pokrytymi śniegiem. Symbol przejścia między ciemnością a światłem, ciszą a odwagą — metafora wewnętrznego mostu pomiędzy strachem a spełnieniem.

Czasem człowiek tak długo zbiera się w sobie, żeby coś zrobić, że później żałuje zmarnowanego czasu na te zamartwiania. Jak to jest, że nam bywa tak trudno przełamać się? Czemu tak trudno opuścić nam tę bezpieczną strefę komfortu? Ile talentów marnuje się właśnie z tego powodu?
Ze strachu.
Z niepewności.
Z czekania na lepszy moment.
Tylko co jeśli on nie nastąpi?

Obserwacja świata

Im człowiek starszy, tym zaczyna to bardziej dostrzegać. Obserwuje ludzi, którzy całe życie czekali na odpowiedni moment, a on nigdy nie nadszedł albo było już za późno.
Widzi też tych, co bardzo szybko wyłożyli na stół wszystkie możliwe karty i są w miejscu, w którym ktoś inny tylko chciałby być.
Jeszcze inni niepewnie drepczą do przodu, ale wciąż brakuje im odwagi na większy, nawet ryzykowny krok. Może kiedyś trafią tam, gdzie pragną być, ale pojawi się żal, że wcześniej nie spróbowali przyśpieszyć.
A może po prostu wszystko dzieje się wtedy, kiedy ma się dziać?
Może nie mamy na to wpływu i jedni mają osiągać coś szybko a inni wcale?
Nigdy do końca nie wiadomo, co kryje się po drugiej stronie. 

Przemiana

Ja sama teraz stoję na moście, który łączy mój dawny strach z miejscem, gdzie już go praktycznie nie ma. Stoję pomiędzy tymi dwoma lądami.
Z jednej strony już chciałabym działać i tworzyć bez żadnych blokad.
Z drugiej strony ten strach jeszcze za mną krzyczy i błaga bym zawróciła. Co chwilę jeszcze oglądam się za nim wstecz. Jednak mam wrażenie, że w ostatnim czasie już coraz rzadziej i mimo wszystko łatwiej mi dalej iść, gdy czuję sprzyjający wiatr odwagi, dmuchający w moje plecy. 

Wiara dziecka

Czuję, że mam coraz więcej sił w sobie, by spełniać marzenia tej małej dziewczynki, która niezgrabnie rysowała misie ze skrzydłami ze swojej ulubionej bajki i wymyślała ich nowe przygody, zapisując dialogi w komiksowych chmurkach. Naprawdę mam w sobie więcej wiary w to, że mogę pójść za tym marzeniem.
Przestaję być tylko Duszą Pomiędzy Wierszami.
Staję się Duszą Pomiędzy Słowami. 

Odwaga – najpiękniejszy z talentów

Posted on 2025-11-222025-11-22

Odwaga – najpiękniejszy z talentów

Zdjęcie przedstawia ściankę z wydarzenia Talent Show, o którym piszę w moim wpisie. Na ściance napisane jest właśnie Talent Show.

Lekcja od najmłodszych

Czasem zapominamy jak dużo możemy się nauczyć od najmłodszych. Sama się na tym wczoraj złapałam. Jako nauczycielka, pomagałam przy przygotowaniu Talent Show. Nie grałam tam głównej roli, ale nie o to w tym chodziło.

Wartość wsparcia

Poszłam tam, bo kieruję się w życiu taką wartością, że należy się wzajemnie wspierać. I nie chodziło tu wyłącznie o dzieci. Byłam tam dla koleżanek z pracy. Wiedziałam, że na coś się przydać mogę, a jeśli nie znajdzie się dla mnie żadnego zadania, to po prostu wesprę swoim spokojem i opanowaniem.

Natomiast to o czym chciałabym dziś krótko napisać to przemyślenia o tym, czym ten talent jest i czy zawsze musi to oznaczać perfekcję. Otóż nie. Już wyjaśnię.

Talent, który nie potrzebuje perfekcji

Pokaz talentów był dla każdego, kto chciał podzielić się z ludźmi swoimi uzdolnieniami. Nikt nie stawiał tym dzieciom wysokiej poprzeczki. Nikt nie wymagał od nich, że wszystko pójdzie idealnie. Chodziło o zabawę i tak naprawdę pokazanie tego, co robią, kochają i w czym czują się dobrze. Efekt miał tu mniejsze znaczenie, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby coś było nie tak.

Dzieci przychodziły takie, jakie były. 

Bez porównań.

Bez rywalizacji.

Po prostu z sercem.

Odkrywanie darów

Refleksja, która mnie naszła to przede wszystkim myśl, że MOŻNA nie robić czegoś IDEALNIE, ale wciąż to umieć i zachwycać innych. 

Nikt nie rodzi się geniuszem. To trzeba dopiero odkryć. 

Dobrze tylko, żeby otoczenie, w którym poznajemy swoje dary, było po prostu sprzyjające. W takich warunkach można pokazać prawdziwego siebie. A to czasem oczarowuje ludzi bardziej niż lata wyuczonych jak robot, perfekcyjnych sztucznych występów.

Zbyt często się poddajemy

I teraz, zanurzając się w oceanie tych przemyśleń, dochodzę do wniosku, że zbyt często się poddajemy. Zbyt często porzucamy marzenia, nie dzielimy się pasjami, bo… nie są idealne. Ile to razy odmawiałam sobie śpiewania przed ludźmi, występowania, tańca czy publikowania moich treści, bo jeszcze nie teraz… Jeszcze nie umiem. Jeszcze nie są dopracowane i dopięte na ostatni guzik. I co później się działo? Gasłam. Bałam się coraz bardziej. Samoocena spadała. Nie byłam już pewna czy umiem cokolwiek. Wątpliwości zewsząd zabijały moje pasje.

Odwaga – największy talent

Dlatego po tym wydarzeniu i moich przemyśleniach dochodzę do wniosku, że największym talentem jest ODWAGA.

By pokazać się takim, jakim się jest tu i teraz.

Odwaga, by spróbować bez względu na wszystko.

By wystąpić, mimo że zdarzą się pomyłki, coś się zapomni albo stres zrobi swoje.

Odwaga, by z podniesioną głową, otwartym sercem i uśmiechem na twarzy stanąć przed ludźmi i pokazać im siebie. 

Bo odwaga to nie brak strachu. To decyzja, by mimo niego — być.

Na zakończenie

Może właśnie w tym tkwi prawdziwa magia twórczości — w odwadze, która nie szuka doskonałości, ale autentyczności.
Niech ta sobota będzie dla Ciebie zaproszeniem, by zrobić coś tylko dlatego, że to kochasz. Nieidealnie. Ale z sercem. 

Odwaga mówienia z serca

Posted on 2025-11-152025-11-15

Odwaga mówienia z serca

Moja prelekcja o Korei Południowej

Zdjęcie z prelekcji o Korei
Źródło: CKiBM w Jordanowie

Dziś trochę rozmyślań i osobistych przemyśleń dotyczących mojej prelekcji na temat Korei Południowej, która odbyła się 14.11.2025 r. w moim rodzinnym miasteczku, Jordanowie. To nie był tylko wykład o podróży. To był także mój osobisty krok w stronę odwagi.

Droga do odwagi

Zdjęcie z prelekcji o Korei

Właściwie mało kto wie, jak trudną i długą drogę musiałam przejść, by odważyć się wystąpić publicznie przed znajomymi i nieznajomymi. Nikt nie wiedział co działo się z moim ciałem i głową, gdy dowiadywałam się, że mam coś powiedzieć przed większą grupą osób. Na pewno znajdzie się ktoś mądry, kto będzie próbował mi wmówić, że stanie na lekcji przed klasą pełną uczniów to jest to samo. Nie, nie jest. Bezdyskusyjnie. 

Natomiast z czystym sumieniem, patrząc na siebie w lustrze mogę powiedzieć – tak, wczorajsze wystąpienie to był sukces. A dla mnie prawdopodobnie największy w ostatnim czasie. Stanęłam przed ludźmi uśmiechnięta, bez stresu, bez trzęsących się głosu, rąk i nóg. Miałam przygotowane kartki z notatkami, spisane trudne nazwy, anegdotki, cały przebieg wydarzenia. I co? Zerknęłam na to tylko na początku, gdy potrzebowałam przeczytać fragment mojego tekstu o Korei Południowej (tutaj). 

Czy bałam się pytań, oceny, reakcji? Nie. Wyszłam tam z pewnością, jakiej jeszcze nigdy w sobie nie miałam. Postanowiłam, że wszystko to, co będę mówić będzie z poziomu serca. Opowiem o Korei najpiękniej jak potrafię. Spróbuję oddać jej klimat, to, co zobaczyłam i przeżyłam. Przede wszystkim chciałam mieszkańcom mojego miasteczka przybliżyć ten odległy kraj. Pokazać jego złożoność. Nie byłam tam, żeby pouczać, wymądrzać się czy zarzucać ludzi suchymi faktami, które każdy sobie może znaleźć w internecie. 

Z poziomu serca

Zdjęcie z prelekcji o Korei
Źródło: CKiBM w Jordanowie

Pokazałam ten świat moimi oczami. 

Pozwoliłam ludziom poczuć to, co w mojej duszy gra, gdy opowiadam o podróżach. 

Dałam im okazję zobaczyć, ile radości sprawia mi opowiadanie o tym i jak miło wspomina mi się czas mojego wyjazdu. 

Przede wszystkim też dałam sobie szansę opowiedzieć to, co zazwyczaj umiałam zapisać tylko na kartce. 

Lekcja zaufania

W pierwszym momencie, gdy dostałam tę propozycję, chciałam zrezygnować. Bałam się. Wydawało mi się, że nie jestem gotowa na wyjście poza strefę komfortu. Jednak przegadałam sprawę z ludźmi mądrzejszymi ode mnie, którzy wierzyli we mnie bardziej niż ja w samą siebie. 

Odkrywam na nowo sens słów, aby bawić się tym, co się kocha. Zaczynam widzieć, że można dać się czemuś pochłonąć bez reszty, przygotować sobie dobrą intencję i wystawić się ze skorupki do świata. Wtedy człowiek nie myśli o tym, co inni powiedzą. Krytyka przestaje mieć znaczenie (zwłaszcza ta we własnej głowie). Gdy człowiek wychodzi do innych przepełniony miłością i wdzięcznością, czy może wydarzyć się coś złego? Nie. A przynajmniej nic, co mogłoby człowieka złamać. 

Cytat z tekstu "Gdy człowiek wychodzi do innych przepełniony miłością i wdzięcznością, nie może wydarzyć się nic, co by go złamało"

Wdzięczność i refleksja po wszystkim

Na koniec podzielę się jeszcze wpisem, który zapisałam sobie w moim dzienniczku zaledwie kilka godzin po wystąpieniu, gdy emocje jeszcze we mnie buzowały:

„Debiut zaliczony na szóstkę! To jest niesamowite jak dobrze się dziś czułam podczas mojej prelekcji. Zero stresu. Może lekki tuż przed, zanim przyszli ludzie. Natomiast w trakcie wystąpienia nie czułam nerwów. Byłam zrelaksowana i opowiedziałam to, co chciałam. Notatki właściwie się nie przydały. Jestem z siebie niesamowicie dumna. Jestem też sobie wdzięczna, że się nie poddałam i że dziś ani przez moment w siebie nie zwątpiłam. I jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy byli. Za pytania, zainteresowanie, ciekawość. I moim znajomym tym, co przyszli i tym, co wspierali z daleka. I przede wszystkim rodzicom. Za wszystko!”

Jeśli ktokolwiek chciałby chociaż zobaczyć fotorelację z tego wydarzenia, zapraszam na Facebooka – tutaj. Ja zostawiam sobie w sercu piękne wspomnienie. Dziękuję.

Zdjęcie z prelekcji o Korei
Źródło: CKiBM w Jordanowie

Pisanie dla samego pisania – czy to ma sens?

Posted on 2025-06-072025-06-07

Pisanie dla samego pisania?
Czy tak się w ogóle da? Czy ma to jakikolwiek sens?

Zero-jedynkowe podejście do twórczości

Do tej pory zawsze podchodziłam do pisania zero-jedynkowo. Musiał być konkretny temat lub powód pisania. W przeciwnym razie nawet się za to nie zabierałam. Co tym zawiadywało? Z pewnością myśl, że MUSZĘ podzielić się czymś konkretnym. Przecież tyle jest wszystkiego dookoła, że komu chciałoby się czytać coś, co nie jest w obszarze zainteresowań?

Szufladkowanie i wewnętrzny krytyk

Do tego częste szufladkowanie się. Piszesz wiersze? Skup się tylko na tym. Nie próbuj innych form. Przeszłaś na pisanie o koncertach? Czas tylko na to. Wolisz już pisać o podróżach? Świetnie, ale nie próbuj wracać do wierszy i relacji z koncertów.
Brzmi okrutnie? Tak.
Umiałam to powstrzymać? Nie.
Dlatego z każdym wyczerpaniem danego tematu, milkłam na miesiąc, dwa, czasami i dłużej. Nie działo się wtedy nic, a ja staczałam się w dół, samobiczując siebie i swoje pisanie.

Przełamywanie starych przekonań

Człowiek ma jednak to szczęście, że przy odrobinie chęci może chcieć się rozwijać, zmieniać i walczyć z własnymi przekonaniami. Nie inaczej było w moim przypadku.
Od dziecka uwielbiałam tworzyć przeróżne teksty – o czym też już pisałam tutaj – więc dlaczego miałabym to porzucić? Bo MUSZĘ pisać o CZYMŚ?
Przecież ten tekst też jest o CZYMŚ!

Głos wewnętrzny też się liczy

Nie jest byle jaki i porusza kwestie, które tak często ignorujemy. Ignorujemy własne pasje, bo jeśli nie są realizowane na najwyższym poziomie, nie liczą się.
Na siłę zmuszamy się do pisania, choć tego w danej chwili nie czujemy.
Bywa też odwrotnie. Bardzo chcemy o czymś napisać, ale uważamy to za zbyt błahe i nieważne.

Pisanie bez celu też jest drogą

I próbując odpowiedzieć na moje początkowe pytania: tak, pisanie dla samego pisania ma sens i tak się da.
Oczywiście to już decyzja każdego indywidualnie – czy w to pójdzie, czy jednak nie.
Patrząc na to, co zmieniło się w mojej głowie, gdy pozwoliłam sobie nie wiedzieć, o czym chcę w danej chwili pisać i jak często, nagle okazało się, że przypływ pojawia się zdecydowanie częściej.

Przepływ jako forma obecności

Nie powstrzymuję się przed przelewaniem myśli na papier. Traktuję to jak rzekę, z nurtem której płyną moje uczucia, wrażenia, idee i chwile.
Czasem, gdy woda spływa z większego pagórka, można się pogubić i nie nadążyć za nimi, ale w końcu podłoże się wyrównuje i można przejrzeć się w czystych wodach moich słów.

Światło dla innych

Cel tego wszystkiego jest tylko jeden – wpłynąć do oceanu ludzkich serc i rozlać się jak najszerzej. Wymieszanie tych wód uspokoi fale codziennych wzlotów i upadków.
Dlatego w swoim pisaniu chcę być jak światło, które oświetla drogę tym, którzy się zagubili.
Pragnę pozostać jak najdłużej obecną i uważną na to, co płynie z potokiem moich słów.

Older PostsNewer Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.