Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with Paulina Merz

Nie mówię już szeptem – moja historia

Posted on 2026-04-112026-04-11

Nie mówię już szeptem – moja historia

Jak to się zaczęło?

W lipcu (po powrocie z Hiszpanii) i rozmowach z moimi przyjaciółmi, dotarło do mnie, że potrzebuję i chcę pisać. To wtedy opisałam koncert „Gladiator in Concert” w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej Fimucite na Teneryfie.

Przeczytaj tutaj o tym koncercie

Tak od serca, prosto z duszy, bez technicznego żargonu i zmuszania się do wydumanych zwrotów. Przede wszystkim zależało mi na ukazaniu emocji oraz uchwytywaniu tego, co nieuchwytne gołym okiem. 

Do tej pory miałam z tym problem. Wydawało mi się, że ludzi cieszą głównie obrazki i ruchome elementy. Wobec tego moje słowa będą ciężkie w odbiorze. Takie miałam przekonanie. Może jest w nim odrobina prawdy. 
Natomiast kompletnie wtedy nie dopuszczałam myśli, że istnieją ludzie, którzy mają podobnie. Co ważniejsze tacy, którzy sami nie potrafią nazwać pewnych emocji czy doznań. 

Wróciłam do pisania książki. Wpadłam na nowy pomysł i zostawiłam w tyle przekonanie, że to musi być dla każdego. Chciałam robić to, co czuje i by wychodziło z poziomu serca. 

W listopadzie dotarło do mnie, że przez pozostałe jesienne miesiące zapomniałam o tej prostej prawdzie. Działałam z przymusu i nic mnie nie cieszyło. Doszłam do ściany. Miałam dwa wyjścia – albo coś z tym zrobię, albo się rozpadnę.

Czuły Krąg Pisarski

Mniej więcej od grudnia natknęłam się w internecie na konta dziewczyn z Czułego Kręgu Pisarskiego. Z początku nie do końca wiedziałam o co chodzi i co one tak naprawdę robiły. W końcu trafiłam na założycielkę, Agę Pankau i się dowiedziałam. 

Postanowiłam sobie z końcem roku, że od stycznia do nich dołączam na próbę. Miał to być tylko miesiąc i miałam dać sobie z tym spokój. Chciałam pisać moją książkę, ale na tamtym etapie nie miałam zamiaru się nią z nikim dzielić.

Pierwsze spotkanie na tzw. sesji skupienia i dziewczyny żywo rozmawiały o opowiadaniach do antologii. Pomyślałam sobie, że jestem kompletnie zielona i nie będę się tym interesować.
Miałam inny problem. One bardzo chciały zobaczyć jak piszę, a ja nie byłam gotowa, by zdradzać cokolwiek na temat tamtej książki.
Na szczęście przyszedł do mnie zupełnie inny pomysł (ale o tym przy innej okazji).  

Natchnienie

Nie pamiętam jak to się stało, że Aga mi zaproponowała, żebym coś do tej antologii napisała. Pomyślałam, że spróbuję, chociaż nie miałam na to pomysłu. Nie lubię krótkich form, w których trzeba się ograniczać.
Nagle mnie natchnęło i otworzyłam plik, w którym wrzucałam wszystkie moje przemyślenia podczas pisania książki, o której wspominać na razie nie umiem. Było tam dużo o moim procesie pisania i mnóstwo przemyśleń dotyczących tworzenia oraz otwierania się na nie. 

To było jak bingo. Wybrałam niektóre fragmenty i wkleiłam do nowego pliku. Pomyślałam jednak, że taki monolog z pewnością nie będzie ciekawy i wypadałoby zbudować dookoła niego historię. Pojawiły się w mojej głowie postacie Sofii i Rozalii. Wspomnę tylko, że bardzo lubię nadawać bohaterom imiona, które w jakiś sposób do nich należą. 

Początkowa scena szybko stała się moją ulubioną. Opisałam w niej świat, który przewija się u mnie nieustannie. Łapię się na tym coraz bardziej świadomie, ale nie czuję potrzeby zmiany. Może z czasem stanie się to elementem charakterystycznym moich tekstów? Kto wie…

Zbliżał się mój długi wyjazd do Azji i wiedziałam, że nie mam dużo czasu. Musiałam się zdecydować na wysłanie Adze tekstu takim, jakim na tamten moment był. Nie wiedziałam kompletnie czy jest on wart antologii. Świadomie nie czytałam pozostałych tekstów dziewczyn. Oprócz tekstu Klaudii, który zasiał we mnie wątpliwości – czułam, że moje opowiadanie jest przy nim małe.

Pierwsza redakcja

Wróciłam z podróży. Na oparach emocji i przeżyć ciężko było mi przejść do szarej, zwykłej rzeczywistości. Tym bardziej, że Aga odesłała mi tekst po pierwszej redakcji. Pomyślałam sobie, że ja w tym emocjonalnym wirze nie będę w stanie siąść spokojnie przed laptopem i uporać się z jej wskazówkami. Już nawet pytania zadane przez nią w mailu zwrotnym, wydawały mi się wyzwaniem nie do przejścia. 

Dałam sobie kilka dni i usiadłam do tekstu. Adze też zależało, żeby uporać się z tym do jakiegoś konkretnego czasu. Nie pamiętam czy był to tydzień, czy więcej. To było moje pierwsze zderzenie z redakcją. W samym tekście nie było dużo jej komentarzy, co sprawiło, że jednak odetchnęłam z ulgą. To była głównie kwestia uporania się z kluczowymi pytaniami. Czułam, że pójdzie z górki.

Tak faktycznie było. Musiałam się zastanowić czy zostawić obie bohaterki, uporządkować trochę ich relacje, sprawić, by to był prawdziwy dialog, a nie głównie monolog Sofii. Dodatkowo Aga uważała, by klimat, który zarysowałam na początku historii, zostawić do samego końca. Miała nosa, bo uważne czytelniczki zwróciły uwagę na to dodatkowe tło, które wcale nie było tylko nic nieznaczącym dodatkiem.

Self-publishing

Potem zaczęło się istne szaleństwo. Nie uświadamiałam sobie wcześniej, że my to chcemy same wydać. A może inaczej – w życiu bym nie pomyślała, że z samodzielnym wydaniem jest tyle roboty. Wydawało mi się, że to kwestia mieć tekst, wrzucić w jakiś program i reszta sama się zrobi. 
Nic bardziej mylnego. Były korekty, skład, projekty okładek, grafik, kontakt z drukarnią, szukanie recenzentek i patronek, cała strategia promocji, sprzedaży – czułam się w tym niesamowicie zagubiona. Zwłaszcza, że każdym tym elementem zajmowała się któraś z dziewczyn, a ja nie bardzo umiałam znaleźć tam czegoś, w czym mogłabym się okazać pomocna. 

Pomagałam jak umiałam. Zbierałam cytaty, zasugerowałam dwie patronki, publikowałam różne posty, udostępniałam i zadeklarowałam się, że pomogę wszędzie tam, gdzie tylko będę w stanie. Końcówka lutego i marzec przeleciały mi w mgnieniu oka. Były dni, że nie wiedziałam jak się nazywam, bo oprócz tego, miałam jeszcze sporo zajęć w pracy. 
Jednak w końcu udało i jestem niesamowicie dumna z tego projektu.

Książka „Nie mówię już szeptem”

21.03.2026 roku (mniej więcej, bo przy tak szalonym tempie różne rzeczy nam się po drodze wywalały) wydałyśmy antologię opowiadań „Nie mówię już szeptem”. 
Pojawiło się tam 13 tekstów każdej z nas na temat odzyskiwania własnego głosu. Każda autorka podeszła do tematu zupełnie odmiennie, każda miała inny styl i sposób na przedstawienie tego tematu, co stało się dla mnie wartością nadrzędną. Przestałam się porównywać, bo wiedziałam, że się nie da. Owszem, motyw był wspólny, ale każda z nas opowiedziała swoją historię w sposób, który był jej najbliższy. Pokazałyśmy fragment siebie i swojej twórczości takim, jakim jest. 

Aga jako nasza redaktorka wcale nie próbowała tego zmieniać, dopasowywać czy wygładzać. Żadna z nas nie została odarta ze swojego stylu. Książka budzi wiele emocji – od złości czy lęku, przez smutek i radość. Wszystko zależy od opowiadania, a co ważniejsze – od czytelnika i tego, z czym do tej pory musiał się mierzyć. Jedne teksty są mu bliższe, bo opowiadają o jego własnych problemach. Inne mogą być nawet niewygodne i nieść ze sobą bunt, bo dotykają tej części duszy, która nie dopuszcza jeszcze do siebie powagi sytuacji.

Moim marzeniem (i dziewczyn z Kręgu zapewne też) byłoby dotrzeć do jak największej liczby osób (zwłaszcza kobiet), bo wiemy jak silny ładunek emocjonalny niesie ta książka i jak reagują na nią nasze patronki i recenzentki, a także my same. Może być tak, że któraś historia będzie historią, która wydarzyła się w naszym życiu. Dotknie nas do żywego, ale pokaże też nadzieję. To chyba w tym najważniejsze. 

Możecie zakupić naszą książkę w formie ebooka tutaj:

KUP EBOOKA

A jeśli jeszcze macie wątpliwości, zachęcam do poznania opinii na temat książki:

OPINIE NA LUBIMYCZYTAĆ.PL

Orient inspiracją dla… mnie?

Posted on 2026-01-242026-01-24

Orient inspiracją dla… mnie?

Szykuję się do kolejnej podróży. Przeglądam plan, miejsca, w których będę. Poza przyziemnym zastanawianiem się nad tym, co zabrać, rozmyślam też o tym, co mi ta podróż nowego przyniesie. 

Kiedy podróż przestała być tylko zwiedzaniem

Rozpoczęłam tę przygodę w 2023 roku. Wcześniej również zwiedzałam przeróżne zakątki świata, ale bardziej w celach wypoczynkowych. To właśnie w tamtym roku przyszła do mnie myśl, że chcę wyruszyć do świata, który znałam tylko z książek i filmów. Miejsc, które niejednokrotnie opisywałam w swojej prezentacji maturalnej oraz pracy magisterskiej. Poczułam, że chcę doświadczyć energii, płynącej z ich wnętrza. Fascynowały mnie teksty inspirowane światem orientu. Ta tematyka towarzyszyła mi od nastoletnich lat. Nie mam pojęcia dlaczego, bo mieszkając w małym miasteczku raczej nie było wówczas okazji do poznania tego świata. A jednak już coś wtedy we mnie wykiełkowało.

Orient, który kiełkował we mnie od lat

Dziś łapię się na tym, że praktycznie nie ma u mnie tekstu literackiego, który nie przemycałby gdzieś elementów kultury, krajobrazu czy czegokolwiek innego związanego z krajami Azji. Moja fascynacja tym regionem świata wcale nie gaśnie, a wręcz powiększa się z każdą kolejną podróżą. 

Bohaterowie chodzący po moich śladach

Chcę o tym pisać i doświadczać tego. Pragnę dzielić się tym z ludźmi, którzy niekoniecznie mają w życiu okazję czy możliwości, by zanurzyć się w ten świat. Już teraz jestem świadoma tego, że moi bohaterowie często korzystają z kadzidełek, mają w pokojach mandale lub poduchy do medytacji. Do tego ubierają się barwnie i w jakiś sposób są powiązani z miejscami, w których sama kiedyś byłam. 

Historia zatoczyła krąg

Na maturze ustnej z języka polskiego przygotowywałam prezentację o tytule „Orient inspiracją dla pisarzy”. Już wtedy byłam pełna podziwu dla liczby książek, wierszy i innych wytworów kultury, które tak mocno inspirowały się Wschodem. Sama jednak nie wiedziałam, że i dla mnie stanie się on inspiracją do powstawania moich tekstów literackich. 

Wierzę, że wkrótce będziecie mogli się o tym sami przekonać.  

Rok, który nauczył mnie zaufania – osobiste podsumowanie roku

Posted on 2025-12-272025-12-27

Rok, który nauczył mnie zaufania – osobiste podsumowanie roku

Spokojny, wigilijny stół i świeca kojarząca się z podsumowaniem roku

Zwykle duże podsumowania robię sobie przy okazji urodzin. Jednak mam nieprzemożoną chęć podsumować cały rok kalendarzowy.
Co się wydarzyło?
Czy coś się zmieniło?
Co pożegnałam?
Czy coś nowego przywitałam?

Pierwsze miesiące roku – życie w trybie przetrwania

Pierwszy kwartał roku, a nawet trochę więcej, to była raczej walka o przetrwanie i zbudowanie życia na nowo. W takim trybie byłam praktycznie do końca maja. 
Gdyby nie ludzie, którzy pojawili się wraz z końcówką 2024 roku, pewnie byłoby mi dużo ciężej. Mam jednak ogromne szczęście, że w pracy coś w końcu drgnęło i nawiązałam naprawdę dobre relacje. 

Tajlandia – podróż, która nauczyła mnie odwagi

No dobra – byłam w styczniu w Tajlandii.
Moje kolejne marzenie spełnione i o dziwo, dzięki wcześniejszym wydarzeniom prywatnym, miałam w sobie dużo odwagi, by pokonać kilka moich lęków.

Czy się bałam? – zdecydowanie!
Czy pożałowałam tych wszystkich historii – absolutnie nie!

I tak oto pojechałam do nowego miejsca z obcymi ludźmi, chociaż później okazało się, że na każdym kroku znajdował się ktoś, kto bardzo chciał mi towarzyszyć. Z jedną przesympatyczną parą mam do teraz kontakt!

Próbowałam jedzenia – nawet tego ulicznego – oraz masażów tajskich w przeróżnych miejscach. Włóczyłam się po miejscowościach, zaglądając w różne zakamarki, obserwowałam zachody słońca i jadałam samotnie w restauracji.

Akceptacja zamiast walki – ważna lekcja roku

Oczywiście w pierwszej połowie roku wydarzyły się rzeczy, które na tamten moment, nie do końca były po mojej myśli.
Ale nauczona doświadczeniem – po prostu je zaakceptowałam takimi jakie są.
To bardzo pomogło przetrwać i nie zniszczyć wartościowych relacji.

Muzyka, praca i poczucie stabilności

Powróciłam, jak ta córa marnotrawna, do Justyny Steczkowskiej i na nowo kibicowałam jej na Eurowizji, słuchałam jej najnowszej płyty, a jesienią wybrałam się na koncert z tej trasy (pisałam o nim tutaj). 

W pracy było stabilnie. Ekipa wsparcia zawsze pomagała rozładować napięcie. Spędzaliśmy naprawdę dużo czasu razem. To dzięki nim wciąż się śmiałam.

Wyzwania zawodowe i uważność na ludzi

Pomogli mi też bardzo przy przyjmowaniu Sycylijczyków w naszej szkole. To było dla mnie największe organizacyjne wyzwanie tego roku. Uważam, że dałam sobie radę naprawdę świetnie i cały czas byłam pełna uważności na wszelkie zmiany, problemy i prośby gości. Jednak lata w wolontariacie przy FMF bardzo mi pomogły nie tracić spokoju i głowy na karku. 

Festiwal Muzyki Filmowej i moment przełomu

A potem pierwszego czerwca postanowiłam odpiąć wrotki z okazji Dnia Dziecka.

Spontanicznie pojechałam na Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie tym razem jako gość i nie żałuję tego ani trochę. Miałam możliwość znów spotkać się z ludźmi, którzy są bliscy mojej artystycznej duszy.

Podróże, które zmieniły więcej, niż planowałam

Fimucite na Teneryfie – magiczny czas. Z perspektywy czasu był to wyjazd, który wpłynął na to, co działo się później lawinowo. To tam moja dusza na nowo rozkwitła!

Pojechałam też do Bilbao i zwiedziłam tamten region, czego pewnie w życiu bym nie zrobiła. To również była spontaniczna decyzja i spędziłam tam naprawdę piękny czas! Tam pojawił mi się pomysł na połączenie kilku moich tekstów w jeden! 

Problemy zdrowotne i dbanie o siebie

Pomimo problemów zdrowotnych, które w tym roku się do mnie trochę przykleiły, radziłam sobie jak mogłam. Nie poddawałam się, choć trzeba było odwiedzić różnych lekarzy i trochę pieniędzy wydać na wizyty i leki. Wybrałam się też po raz pierwszy do lekarza ajurwedyjskiego.

Korea Południowa i odkrycie własnego głosu

Koniec sierpnia to – kolejny już w tym roku – spontaniczny wyjazd do Korei Południowej – miejsca, do którego też nie planowałam jechać. A jednak znalazłam się tam i… przepadłam!

Pokonywanie kolejnych lęków, coraz śmielsze eksplorowanie miast i miejsc, w których byłam. Dużo zakupów, zauroczenie k-popem i krainą k-beauty.

Kto by pomyślał, że ten wyjazd zaowocuje w listopadzie moim pierwszym, świadomym wystąpieniem publicznym?
W życiu bym na to nie wpadła, a jednak! To dopiero było świetne przeżycie (opisałam je tutaj) i dało mi wiarę w to, że mogę nie tylko świetnie pisać, ale także przemawiać! Warunek jest jeden – temat musi odpowiadać mojemu sercu i duszy! Nic na siłę.

Wypalenie zawodowe i konieczność zatrzymania się

Niestety każdy medal ma dwie strony.

Po tych szalonych wakacjach, zaliczyłam ogromne wypalenie pracą we wrześniu i październiku. Ciężko było mi się pogodzić z tym stanem i toczyłam się w dół. Coraz mniej rzeczy mnie cieszyło.

Do tego znów powrót problemów zdrowotnych, Covid i organizm powiedział ostro: STOP. 

Powrót do pisania i twórczej autentyczności

Jednak te zdarzenia były mi bardzo potrzebne, zwłaszcza zwolnienie lekarskie, by dojść do siebie zarówno fizycznie, ale też przede wszystkim – psychicznie. Przepracować w głowie wiele spraw i podjąć kilka ważnych decyzji.

Znów z perspektywy czasu widzę, że to chwilowe wypalenie w pracy było mi bardzo potrzebne, by ten czas wykorzystać na tworzenie.

Te piękne chwile w okresie wakacyjnym przyczyniły się do tego, że zaczęłam na nowo pisać, ale tym razem bardziej regularnie, prosto z serca i tak jak czuję. Coraz mniej boję się pokazywać ten mój mięciutki brzuszek wrażliwości i rzeźbię z niego piękny, magiczny świat.

Co zostawiam, a co zabieram w nowy rok

Co więc zostawiam w przeszłości?
Swoje lęki dotyczące życia i tworzenia.

Co zabieram?
Swoją autentyczność, twórczość i otwartość na to, co przynosi mi los. Do tego dorzucam też te wszystkie piękne relacje, które się w tym roku pojawiły.

Już od dawna wiem, że pewne rzeczy nie zdarzają się dlatego, że na nie nie zasługuję, tylko dlatego, że czeka na mnie coś lepszego i większego.
W takim zaufaniu chcę wejść w rok 2026. 

List do siebie

Posted on 2025-12-062025-12-06

Czasem najtrudniej napisać do siebie.
Nie dlatego, że brakuje słów, ale dlatego, że trudno się zatrzymać — by naprawdę siebie posłuchać
i chcieć usłyszeć.
Zatrzymać się, żeby nie oceniać, nie wymagać, nie poprawiać.
Po prostu — być z taką wersją siebie, jaka jest.

Ten wiersz powstał właśnie z takiej potrzeby.
To był czas, gdy zamknięto nas w domach z powodu pandemii.
Czas, który odbijał się na zdrowiu — fizycznym, ale też psychicznym.

To wtedy poczułam, że potrzebuję się sobą zaopiekować.
Ale żeby to zrobić, muszę się najpierw zaakceptować i polubić.

Dlatego z potrzeby czułości wobec siebie — z wczoraj, z dziś i z jutra — powstał ten wiersz.
Z potrzeby powiedzenia sobie: „lubię Cię, nawet jeśli nie wszystko wiem, nawet jeśli wciąż się uczę”.

Niech ten List do siebie przypomina Ci, że możesz być po swojej stronie.
Pamiętaj — lubienie siebie to proces, który dojrzewa powoli, ale pięknie.

List do siebie

List do siebie - grafika z wierszem autorstwa Pauliny Merz
  • Twórczość (1)
  • Wiersze (49)
  • Z żyćka belferki (1)
  • Zapiski codzienności (42)

Most między strachem a odwagą

Posted on 2025-11-292025-11-29

Most między strachem a odwagą

Zimowe niebo z półksiężycem i drzewami pokrytymi śniegiem. Symbol przejścia między ciemnością a światłem, ciszą a odwagą — metafora wewnętrznego mostu pomiędzy strachem a spełnieniem.

Czasem człowiek tak długo zbiera się w sobie, żeby coś zrobić, że później żałuje zmarnowanego czasu na te zamartwiania. Jak to jest, że nam bywa tak trudno przełamać się? Czemu tak trudno opuścić nam tę bezpieczną strefę komfortu? Ile talentów marnuje się właśnie z tego powodu?
Ze strachu.
Z niepewności.
Z czekania na lepszy moment.
Tylko co jeśli on nie nastąpi?

Obserwacja świata

Im człowiek starszy, tym zaczyna to bardziej dostrzegać. Obserwuje ludzi, którzy całe życie czekali na odpowiedni moment, a on nigdy nie nadszedł albo było już za późno.
Widzi też tych, co bardzo szybko wyłożyli na stół wszystkie możliwe karty i są w miejscu, w którym ktoś inny tylko chciałby być.
Jeszcze inni niepewnie drepczą do przodu, ale wciąż brakuje im odwagi na większy, nawet ryzykowny krok. Może kiedyś trafią tam, gdzie pragną być, ale pojawi się żal, że wcześniej nie spróbowali przyśpieszyć.
A może po prostu wszystko dzieje się wtedy, kiedy ma się dziać?
Może nie mamy na to wpływu i jedni mają osiągać coś szybko a inni wcale?
Nigdy do końca nie wiadomo, co kryje się po drugiej stronie. 

Przemiana

Ja sama teraz stoję na moście, który łączy mój dawny strach z miejscem, gdzie już go praktycznie nie ma. Stoję pomiędzy tymi dwoma lądami.
Z jednej strony już chciałabym działać i tworzyć bez żadnych blokad.
Z drugiej strony ten strach jeszcze za mną krzyczy i błaga bym zawróciła. Co chwilę jeszcze oglądam się za nim wstecz. Jednak mam wrażenie, że w ostatnim czasie już coraz rzadziej i mimo wszystko łatwiej mi dalej iść, gdy czuję sprzyjający wiatr odwagi, dmuchający w moje plecy. 

Wiara dziecka

Czuję, że mam coraz więcej sił w sobie, by spełniać marzenia tej małej dziewczynki, która niezgrabnie rysowała misie ze skrzydłami ze swojej ulubionej bajki i wymyślała ich nowe przygody, zapisując dialogi w komiksowych chmurkach. Naprawdę mam w sobie więcej wiary w to, że mogę pójść za tym marzeniem.
Przestaję być tylko Duszą Pomiędzy Wierszami.
Staję się Duszą Pomiędzy Słowami. 

Older Posts

WIERSZE

Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.