Skip to content
SOUL BETWEEN POEMS
SOUL BETWEEN POEMS

Dusza pomiędzy wierszami

  • STRONA GŁÓWNA
  • TWÓRCZOŚĆ
  • PODRÓŻE
  • MUZYKA
  • OFERTA
  • O MNIE
  • KONTAKT
  • English
  • Polski

Posts Tagged with Paulina Merz

Magia Jamesa Newtona Howarda

Magia Jamesa Newtona Howarda

Posted on 2026-05-192026-05-20

Magia Jamesa Newtona Howarda

koncert podczas 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

Magia Jamesa Newtona Howarda

Są kompozytorzy, których muzykę się słyszy. Są też tacy, których muzykę się czuje. James Newton Howard od dekad tworzy ścieżki dźwiękowe, które prowadzą widzów przez światy pełne magii, emocji i wewnętrznych napięć. Podczas koncertu „Magia Jamesa Newtona Howarda” na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie publiczność mogła zanurzyć się nie tylko w najbardziej rozpoznawalnych tematach z filmów takich jak „Czarownica”, „King Kong” czy „Igrzyska śmierci”, ale także odkryć mniej znane oblicza jego twórczości. Wydarzenie było tym bardziej wyjątkowe, że prowadził je sam kompozytor.

Magia Jamesa Newtona Howarda

Lekkie prowadzenie

Myślę, że na początku trzeba podkreślić to, że James Newton Howard nie jest zawodowym dyrygentem. Jednak podjął się poprowadzić orkiestrę wraz z dwoma chórami. Do tego jeszcze zajął się konferansjerką pomiędzy utworami. Opowiedział nam szalenie urocze historie w bardzo lekki i zabawny sposób.

Ciężko wybrać spośród jego utworów te najlepsze, bo cenię sobie całą jego twórczość, ale spróbuję. Będę sugerować się tym, co usłyszałam w czwartkowy wieczór w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Zasługujące na wyróżnienie

Na początek wrażenie na mnie zrobiła suita z filmu „Królewna Śnieżka i Łowca”. Zachwycały mnie w niej smyczki, fortepian, ale też momenty przejścia w cięższe brzmienia. Czułam się, jakbyśmy weszli w mrok, gdzie było dużo kotłów, instrumentów dętych i kontrabasów. Przypomniało mi się przy tej suicie za co kocham dźwięk fortepianu. Do tego jeszcze chór Filharmonii Krakowskiej i czułam podskórnie dreszcze przeszywające całe ciało. 

Magia Jamesa Newtona Howarda

Kolejną suitą, która zapadła mi w pamięć była z pewnością ta z filmu „Osada”. Zwłaszcza solo skrzypiec i fortepian. Siedziałam na niej z przymkniętymi oczami i wsłuchiwałam się w piękne dźwięki rozchodzące się po sali.

Czymś nieco odmiennym od poprzednich dwóch suit był utwór „Solomon Vandy” z filmu „Krwawy Diament”. Połączenie wokalu Damiana Ukeje z dziecięcym chórem Filharmonii Krakowskiej oraz późniejszym wejściem Ablaye Badji na djembe, to był dla mnie największy highlight tego koncertu. Coś naprawdę przenoszącego na moment w inny wymiar. Miałam wrażenie, że nie siedzę w sali koncertowej. Moje ciało bardzo chciało wprawić się w ruch przy tych niesamowitych dźwiękach. 

Niesamowite jak skromność Jamesa Newtona Howarda podkreśla jego wielkość jako kompozytora! Tych kilka dźwięków wzruszenia pozostanie ze mną jeszcze przez jakiś czas.

W studiu Diego Navarro

Posted on 2026-05-072026-05-07

W studiu kompozytora

– o muzyce, emocjach i powrocie do siebie

Ten tekst nie powstał wtedy, kiedy powinien. Tak przynajmniej długo myślałam. Bo wtedy się to wszystko wydarzyło. Był to jednak czas, gdy byłam od siebie zbyt daleko. Moja wrażliwość i kreatywność uśpiły się na dłuższy czas. Nie pisałam i nie tworzyłam. Moje życie koncentrowało się na typowym schemacie – praca-dom-praca. Dusza próbowała się przedrzeć, dać o sobie znać, ale nie do końca skutecznie. 

To był mój drugi raz na Teneryfie. Tym razem była to stolica wyspy – Santa Cruz de Tenerife. Spędziłam tam cały tydzień. Byłam w pięknym miejscu, ale nie do końca osadzona w sobie.

Spotkanie w Santa Cruz de Tenerife

Któregoś dnia zostałam zaproszona przez Diego Navarro do jego studia. Niesamowicie ciężko było nam zsynchronizować swoje terminarze, ale w końcu się udało. Jednego późnego popołudnia wybrałam się do wskazanego przez niego miejsca. Miałam tam bardzo blisko, bo mieszkałam w samym centrum stolicy.

Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy stanęłam przed domofonem. Czułam, że spotka mnie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Ekscytacja mieszała się z lękiem.

Święta przestrzeń

Jego studio nie było ogromne. Z perspektywy czasu ciężko przypomnieć sobie detale, ale wiem, że w pierwszej części znajdowało się mnóstwo plakatów, statuetek i różnych bibelotów związanych z nim samym i światem muzyki filmowej. Takie żywe muzeum, w którym można było przyjrzeć się artyście i jego życiu. 

Drugie pomieszczenie to było centrum dowodzenia. Święta przestrzeń kompozytora. Było tam mnóstwo monitorów, głośników, pianino oraz sporo urządzeń i sprzętów, których pewnie nie potrafię nawet nazwać. Znajdowały się tam też plakaty z filmów, do których skomponował muzykę. 

Do dziś pamiętam uczucie onieśmielenia, które towarzyszyło mi po przekroczeniu progu tego miejsca. Zatrzymałam się, bo czułam, jakby ciało potrzebowało sekundy więcej, by móc tam wkroczyć. To było miejsce, gdzie mogłam zobaczyć nie tylko efekty pracy, ale również cały proces bycia artystą. Tam pojawiały się pierwsze dźwięki i emocje. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałam go o to, co jest trudniejsze – sam proces tworzenia, czy puszczenie tego w świat. Kojarzę, że się przy tym pytaniu na moment zatrzymał… Byłam ogromnie ciekawa tego, co się dzieje w jego głowie i jakie krążą wówczas myśli. Onieśmielało mnie to, jak bardzo chciałam to zrozumieć.

Muzyka przepływająca przez ciało

Dostąpiłam wtedy zaszczytu, by posłuchać czegoś, co wtedy jeszcze nie ujrzało światła dziennego. Po raz pierwszy mogłam wsłuchać się w muzykę w profesjonalnym studiu z najlepszej jakości głośnikami, w których dźwięk był czysty i przestrzenny. Nie zapomnę tego uczucia. Całe moje ciało przeszywały dreszcze, bo Diego w tej kompozycji wykorzystał dużo smyczków i chóru – dwa elementy, które zawsze wywołują we mnie takie samo poruszenie. Przymknęłam oczy. Siedziałam nieruchomo, choć moja noga mimowolnie wybijała rytm. Nawet nie próbowałam analizować tego, co słyszę. Moje ciało i serce rozumiało szybciej niż głowa. 

Zaskoczyły mnie też słowiańskie motywy w jego twórczości. Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Próbował mi opowiedzieć film bez zdradzania zbyt wiele, ale tak, by łatwiej było mi zrozumieć motywy muzyczne, które skomponował. Potrafiłam oczami wyobraźni zobaczyć sceny, o których opowiadał. 

To spotkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć artystę w swoim świętym miejscu. Tam, gdzie wszystko się rodziło i było doprowadzane do perfekcji. Miałam wrażenie, że na chwilę weszłam do jego świata. Czułam emocje, jakie towarzyszą człowiekowi, który wie, że lada moment jego twórczość pójdzie w świat i będzie zmuszony to puścić. Zobaczyłam człowieka, który słowami potrafi opisać to, co czuje, komponując muzykę. Poznałam opowieść, którą chce przekazać światu poprzez dźwięki. 

Zostanie ze mną na wieki

Po czym w ogóle rozpoznaję, że to spotkanie było dla mnie wtedy ogromnie poruszające i inspirujące, mimo że wówczas nie mogłam znaleźć w sobie siły i odpowiednich słów, by je odnaleźć? Przede wszystkim wciąż je pamiętam, choć wiadomo – nieszczegółowo. Po drugie, następnego dnia rano, gdy obudziłam się o wschodzie słońca, wyszłam na balkon w swoim hotelowym pokoju i napisałam wiersz. Tak po prostu, wpatrując się w ocean i wschodzące słońce. To był przypływ, który musiał znaleźć swoje ujście. 

Dziś rozumiem, że ten moment zaczął coś we mnie na nowo otwierać. Ten tekst mógł powstać dopiero teraz. Może dlatego właśnie potrzebowałam usłyszeć od Diego – spróbuj sobie jeszcze raz wyobrazić tę sytuację i co wtedy czułaś, ale z dzisiejszej perspektywy i tego jak jest teraz. Tak zrobiłam.

Dziękuję Maestro. 

Nie mówię już szeptem – moja historia

Posted on 2026-04-112026-04-11

Nie mówię już szeptem – moja historia

Jak to się zaczęło?

W lipcu (po powrocie z Hiszpanii) i rozmowach z moimi przyjaciółmi, dotarło do mnie, że potrzebuję i chcę pisać. To wtedy opisałam koncert „Gladiator in Concert” w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej Fimucite na Teneryfie.

Przeczytaj tutaj o tym koncercie

Tak od serca, prosto z duszy, bez technicznego żargonu i zmuszania się do wydumanych zwrotów. Przede wszystkim zależało mi na ukazaniu emocji oraz uchwytywaniu tego, co nieuchwytne gołym okiem. 

Do tej pory miałam z tym problem. Wydawało mi się, że ludzi cieszą głównie obrazki i ruchome elementy. Wobec tego moje słowa będą ciężkie w odbiorze. Takie miałam przekonanie. Może jest w nim odrobina prawdy. 
Natomiast kompletnie wtedy nie dopuszczałam myśli, że istnieją ludzie, którzy mają podobnie. Co ważniejsze tacy, którzy sami nie potrafią nazwać pewnych emocji czy doznań. 

Wróciłam do pisania książki. Wpadłam na nowy pomysł i zostawiłam w tyle przekonanie, że to musi być dla każdego. Chciałam robić to, co czuje i by wychodziło z poziomu serca. 

W listopadzie dotarło do mnie, że przez pozostałe jesienne miesiące zapomniałam o tej prostej prawdzie. Działałam z przymusu i nic mnie nie cieszyło. Doszłam do ściany. Miałam dwa wyjścia – albo coś z tym zrobię, albo się rozpadnę.

Czuły Krąg Pisarski

Mniej więcej od grudnia natknęłam się w internecie na konta dziewczyn z Czułego Kręgu Pisarskiego. Z początku nie do końca wiedziałam o co chodzi i co one tak naprawdę robiły. W końcu trafiłam na założycielkę, Agę Pankau i się dowiedziałam. 

Postanowiłam sobie z końcem roku, że od stycznia do nich dołączam na próbę. Miał to być tylko miesiąc i miałam dać sobie z tym spokój. Chciałam pisać moją książkę, ale na tamtym etapie nie miałam zamiaru się nią z nikim dzielić.

Pierwsze spotkanie na tzw. sesji skupienia i dziewczyny żywo rozmawiały o opowiadaniach do antologii. Pomyślałam sobie, że jestem kompletnie zielona i nie będę się tym interesować.
Miałam inny problem. One bardzo chciały zobaczyć jak piszę, a ja nie byłam gotowa, by zdradzać cokolwiek na temat tamtej książki.
Na szczęście przyszedł do mnie zupełnie inny pomysł (ale o tym przy innej okazji).  

Natchnienie

Nie pamiętam jak to się stało, że Aga mi zaproponowała, żebym coś do tej antologii napisała. Pomyślałam, że spróbuję, chociaż nie miałam na to pomysłu. Nie lubię krótkich form, w których trzeba się ograniczać.
Nagle mnie natchnęło i otworzyłam plik, w którym wrzucałam wszystkie moje przemyślenia podczas pisania książki, o której wspominać na razie nie umiem. Było tam dużo o moim procesie pisania i mnóstwo przemyśleń dotyczących tworzenia oraz otwierania się na nie. 

To było jak bingo. Wybrałam niektóre fragmenty i wkleiłam do nowego pliku. Pomyślałam jednak, że taki monolog z pewnością nie będzie ciekawy i wypadałoby zbudować dookoła niego historię. Pojawiły się w mojej głowie postacie Sofii i Rozalii. Wspomnę tylko, że bardzo lubię nadawać bohaterom imiona, które w jakiś sposób do nich należą. 

Początkowa scena szybko stała się moją ulubioną. Opisałam w niej świat, który przewija się u mnie nieustannie. Łapię się na tym coraz bardziej świadomie, ale nie czuję potrzeby zmiany. Może z czasem stanie się to elementem charakterystycznym moich tekstów? Kto wie…

Zbliżał się mój długi wyjazd do Azji i wiedziałam, że nie mam dużo czasu. Musiałam się zdecydować na wysłanie Adze tekstu takim, jakim na tamten moment był. Nie wiedziałam kompletnie czy jest on wart antologii. Świadomie nie czytałam pozostałych tekstów dziewczyn. Oprócz tekstu Klaudii, który zasiał we mnie wątpliwości – czułam, że moje opowiadanie jest przy nim małe.

Pierwsza redakcja

Wróciłam z podróży. Na oparach emocji i przeżyć ciężko było mi przejść do szarej, zwykłej rzeczywistości. Tym bardziej, że Aga odesłała mi tekst po pierwszej redakcji. Pomyślałam sobie, że ja w tym emocjonalnym wirze nie będę w stanie siąść spokojnie przed laptopem i uporać się z jej wskazówkami. Już nawet pytania zadane przez nią w mailu zwrotnym, wydawały mi się wyzwaniem nie do przejścia. 

Dałam sobie kilka dni i usiadłam do tekstu. Adze też zależało, żeby uporać się z tym do jakiegoś konkretnego czasu. Nie pamiętam czy był to tydzień, czy więcej. To było moje pierwsze zderzenie z redakcją. W samym tekście nie było dużo jej komentarzy, co sprawiło, że jednak odetchnęłam z ulgą. To była głównie kwestia uporania się z kluczowymi pytaniami. Czułam, że pójdzie z górki.

Tak faktycznie było. Musiałam się zastanowić czy zostawić obie bohaterki, uporządkować trochę ich relacje, sprawić, by to był prawdziwy dialog, a nie głównie monolog Sofii. Dodatkowo Aga uważała, by klimat, który zarysowałam na początku historii, zostawić do samego końca. Miała nosa, bo uważne czytelniczki zwróciły uwagę na to dodatkowe tło, które wcale nie było tylko nic nieznaczącym dodatkiem.

Self-publishing

Potem zaczęło się istne szaleństwo. Nie uświadamiałam sobie wcześniej, że my to chcemy same wydać. A może inaczej – w życiu bym nie pomyślała, że z samodzielnym wydaniem jest tyle roboty. Wydawało mi się, że to kwestia mieć tekst, wrzucić w jakiś program i reszta sama się zrobi. 
Nic bardziej mylnego. Były korekty, skład, projekty okładek, grafik, kontakt z drukarnią, szukanie recenzentek i patronek, cała strategia promocji, sprzedaży – czułam się w tym niesamowicie zagubiona. Zwłaszcza, że każdym tym elementem zajmowała się któraś z dziewczyn, a ja nie bardzo umiałam znaleźć tam czegoś, w czym mogłabym się okazać pomocna. 

Pomagałam jak umiałam. Zbierałam cytaty, zasugerowałam dwie patronki, publikowałam różne posty, udostępniałam i zadeklarowałam się, że pomogę wszędzie tam, gdzie tylko będę w stanie. Końcówka lutego i marzec przeleciały mi w mgnieniu oka. Były dni, że nie wiedziałam jak się nazywam, bo oprócz tego, miałam jeszcze sporo zajęć w pracy. 
Jednak w końcu udało i jestem niesamowicie dumna z tego projektu.

Książka „Nie mówię już szeptem”

21.03.2026 roku (mniej więcej, bo przy tak szalonym tempie różne rzeczy nam się po drodze wywalały) wydałyśmy antologię opowiadań „Nie mówię już szeptem”. 
Pojawiło się tam 13 tekstów każdej z nas na temat odzyskiwania własnego głosu. Każda autorka podeszła do tematu zupełnie odmiennie, każda miała inny styl i sposób na przedstawienie tego tematu, co stało się dla mnie wartością nadrzędną. Przestałam się porównywać, bo wiedziałam, że się nie da. Owszem, motyw był wspólny, ale każda z nas opowiedziała swoją historię w sposób, który był jej najbliższy. Pokazałyśmy fragment siebie i swojej twórczości takim, jakim jest. 

Aga jako nasza redaktorka wcale nie próbowała tego zmieniać, dopasowywać czy wygładzać. Żadna z nas nie została odarta ze swojego stylu. Książka budzi wiele emocji – od złości czy lęku, przez smutek i radość. Wszystko zależy od opowiadania, a co ważniejsze – od czytelnika i tego, z czym do tej pory musiał się mierzyć. Jedne teksty są mu bliższe, bo opowiadają o jego własnych problemach. Inne mogą być nawet niewygodne i nieść ze sobą bunt, bo dotykają tej części duszy, która nie dopuszcza jeszcze do siebie powagi sytuacji.

Moim marzeniem (i dziewczyn z Kręgu zapewne też) byłoby dotrzeć do jak największej liczby osób (zwłaszcza kobiet), bo wiemy jak silny ładunek emocjonalny niesie ta książka i jak reagują na nią nasze patronki i recenzentki, a także my same. Może być tak, że któraś historia będzie historią, która wydarzyła się w naszym życiu. Dotknie nas do żywego, ale pokaże też nadzieję. To chyba w tym najważniejsze. 

Możecie zakupić naszą książkę w formie ebooka tutaj:

KUP EBOOKA

A jeśli jeszcze macie wątpliwości, zachęcam do poznania opinii na temat książki:

OPINIE NA LUBIMYCZYTAĆ.PL

Orient inspiracją dla… mnie?

Posted on 2026-01-242026-01-24

Orient inspiracją dla… mnie?

Szykuję się do kolejnej podróży. Przeglądam plan, miejsca, w których będę. Poza przyziemnym zastanawianiem się nad tym, co zabrać, rozmyślam też o tym, co mi ta podróż nowego przyniesie. 

Kiedy podróż przestała być tylko zwiedzaniem

Rozpoczęłam tę przygodę w 2023 roku. Wcześniej również zwiedzałam przeróżne zakątki świata, ale bardziej w celach wypoczynkowych. To właśnie w tamtym roku przyszła do mnie myśl, że chcę wyruszyć do świata, który znałam tylko z książek i filmów. Miejsc, które niejednokrotnie opisywałam w swojej prezentacji maturalnej oraz pracy magisterskiej. Poczułam, że chcę doświadczyć energii, płynącej z ich wnętrza. Fascynowały mnie teksty inspirowane światem orientu. Ta tematyka towarzyszyła mi od nastoletnich lat. Nie mam pojęcia dlaczego, bo mieszkając w małym miasteczku raczej nie było wówczas okazji do poznania tego świata. A jednak już coś wtedy we mnie wykiełkowało.

Orient, który kiełkował we mnie od lat

Dziś łapię się na tym, że praktycznie nie ma u mnie tekstu literackiego, który nie przemycałby gdzieś elementów kultury, krajobrazu czy czegokolwiek innego związanego z krajami Azji. Moja fascynacja tym regionem świata wcale nie gaśnie, a wręcz powiększa się z każdą kolejną podróżą. 

Bohaterowie chodzący po moich śladach

Chcę o tym pisać i doświadczać tego. Pragnę dzielić się tym z ludźmi, którzy niekoniecznie mają w życiu okazję czy możliwości, by zanurzyć się w ten świat. Już teraz jestem świadoma tego, że moi bohaterowie często korzystają z kadzidełek, mają w pokojach mandale lub poduchy do medytacji. Do tego ubierają się barwnie i w jakiś sposób są powiązani z miejscami, w których sama kiedyś byłam. 

Historia zatoczyła krąg

Na maturze ustnej z języka polskiego przygotowywałam prezentację o tytule „Orient inspiracją dla pisarzy”. Już wtedy byłam pełna podziwu dla liczby książek, wierszy i innych wytworów kultury, które tak mocno inspirowały się Wschodem. Sama jednak nie wiedziałam, że i dla mnie stanie się on inspiracją do powstawania moich tekstów literackich. 

Wierzę, że wkrótce będziecie mogli się o tym sami przekonać.  

Rok, który nauczył mnie zaufania – osobiste podsumowanie roku

Posted on 2025-12-272025-12-27

Rok, który nauczył mnie zaufania – osobiste podsumowanie roku

Spokojny, wigilijny stół i świeca kojarząca się z podsumowaniem roku

Zwykle duże podsumowania robię sobie przy okazji urodzin. Jednak mam nieprzemożoną chęć podsumować cały rok kalendarzowy.
Co się wydarzyło?
Czy coś się zmieniło?
Co pożegnałam?
Czy coś nowego przywitałam?

Pierwsze miesiące roku – życie w trybie przetrwania

Pierwszy kwartał roku, a nawet trochę więcej, to była raczej walka o przetrwanie i zbudowanie życia na nowo. W takim trybie byłam praktycznie do końca maja. 
Gdyby nie ludzie, którzy pojawili się wraz z końcówką 2024 roku, pewnie byłoby mi dużo ciężej. Mam jednak ogromne szczęście, że w pracy coś w końcu drgnęło i nawiązałam naprawdę dobre relacje. 

Tajlandia – podróż, która nauczyła mnie odwagi

No dobra – byłam w styczniu w Tajlandii.
Moje kolejne marzenie spełnione i o dziwo, dzięki wcześniejszym wydarzeniom prywatnym, miałam w sobie dużo odwagi, by pokonać kilka moich lęków.

Czy się bałam? – zdecydowanie!
Czy pożałowałam tych wszystkich historii – absolutnie nie!

I tak oto pojechałam do nowego miejsca z obcymi ludźmi, chociaż później okazało się, że na każdym kroku znajdował się ktoś, kto bardzo chciał mi towarzyszyć. Z jedną przesympatyczną parą mam do teraz kontakt!

Próbowałam jedzenia – nawet tego ulicznego – oraz masażów tajskich w przeróżnych miejscach. Włóczyłam się po miejscowościach, zaglądając w różne zakamarki, obserwowałam zachody słońca i jadałam samotnie w restauracji.

Akceptacja zamiast walki – ważna lekcja roku

Oczywiście w pierwszej połowie roku wydarzyły się rzeczy, które na tamten moment, nie do końca były po mojej myśli.
Ale nauczona doświadczeniem – po prostu je zaakceptowałam takimi jakie są.
To bardzo pomogło przetrwać i nie zniszczyć wartościowych relacji.

Muzyka, praca i poczucie stabilności

Powróciłam, jak ta córa marnotrawna, do Justyny Steczkowskiej i na nowo kibicowałam jej na Eurowizji, słuchałam jej najnowszej płyty, a jesienią wybrałam się na koncert z tej trasy (pisałam o nim tutaj). 

W pracy było stabilnie. Ekipa wsparcia zawsze pomagała rozładować napięcie. Spędzaliśmy naprawdę dużo czasu razem. To dzięki nim wciąż się śmiałam.

Wyzwania zawodowe i uważność na ludzi

Pomogli mi też bardzo przy przyjmowaniu Sycylijczyków w naszej szkole. To było dla mnie największe organizacyjne wyzwanie tego roku. Uważam, że dałam sobie radę naprawdę świetnie i cały czas byłam pełna uważności na wszelkie zmiany, problemy i prośby gości. Jednak lata w wolontariacie przy FMF bardzo mi pomogły nie tracić spokoju i głowy na karku. 

Festiwal Muzyki Filmowej i moment przełomu

A potem pierwszego czerwca postanowiłam odpiąć wrotki z okazji Dnia Dziecka.

Spontanicznie pojechałam na Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie tym razem jako gość i nie żałuję tego ani trochę. Miałam możliwość znów spotkać się z ludźmi, którzy są bliscy mojej artystycznej duszy.

Podróże, które zmieniły więcej, niż planowałam

Fimucite na Teneryfie – magiczny czas. Z perspektywy czasu był to wyjazd, który wpłynął na to, co działo się później lawinowo. To tam moja dusza na nowo rozkwitła!

Pojechałam też do Bilbao i zwiedziłam tamten region, czego pewnie w życiu bym nie zrobiła. To również była spontaniczna decyzja i spędziłam tam naprawdę piękny czas! Tam pojawił mi się pomysł na połączenie kilku moich tekstów w jeden! 

Problemy zdrowotne i dbanie o siebie

Pomimo problemów zdrowotnych, które w tym roku się do mnie trochę przykleiły, radziłam sobie jak mogłam. Nie poddawałam się, choć trzeba było odwiedzić różnych lekarzy i trochę pieniędzy wydać na wizyty i leki. Wybrałam się też po raz pierwszy do lekarza ajurwedyjskiego.

Korea Południowa i odkrycie własnego głosu

Koniec sierpnia to – kolejny już w tym roku – spontaniczny wyjazd do Korei Południowej – miejsca, do którego też nie planowałam jechać. A jednak znalazłam się tam i… przepadłam!

Pokonywanie kolejnych lęków, coraz śmielsze eksplorowanie miast i miejsc, w których byłam. Dużo zakupów, zauroczenie k-popem i krainą k-beauty.

Kto by pomyślał, że ten wyjazd zaowocuje w listopadzie moim pierwszym, świadomym wystąpieniem publicznym?
W życiu bym na to nie wpadła, a jednak! To dopiero było świetne przeżycie (opisałam je tutaj) i dało mi wiarę w to, że mogę nie tylko świetnie pisać, ale także przemawiać! Warunek jest jeden – temat musi odpowiadać mojemu sercu i duszy! Nic na siłę.

Wypalenie zawodowe i konieczność zatrzymania się

Niestety każdy medal ma dwie strony.

Po tych szalonych wakacjach, zaliczyłam ogromne wypalenie pracą we wrześniu i październiku. Ciężko było mi się pogodzić z tym stanem i toczyłam się w dół. Coraz mniej rzeczy mnie cieszyło.

Do tego znów powrót problemów zdrowotnych, Covid i organizm powiedział ostro: STOP. 

Powrót do pisania i twórczej autentyczności

Jednak te zdarzenia były mi bardzo potrzebne, zwłaszcza zwolnienie lekarskie, by dojść do siebie zarówno fizycznie, ale też przede wszystkim – psychicznie. Przepracować w głowie wiele spraw i podjąć kilka ważnych decyzji.

Znów z perspektywy czasu widzę, że to chwilowe wypalenie w pracy było mi bardzo potrzebne, by ten czas wykorzystać na tworzenie.

Te piękne chwile w okresie wakacyjnym przyczyniły się do tego, że zaczęłam na nowo pisać, ale tym razem bardziej regularnie, prosto z serca i tak jak czuję. Coraz mniej boję się pokazywać ten mój mięciutki brzuszek wrażliwości i rzeźbię z niego piękny, magiczny świat.

Co zostawiam, a co zabieram w nowy rok

Co więc zostawiam w przeszłości?
Swoje lęki dotyczące życia i tworzenia.

Co zabieram?
Swoją autentyczność, twórczość i otwartość na to, co przynosi mi los. Do tego dorzucam też te wszystkie piękne relacje, które się w tym roku pojawiły.

Już od dawna wiem, że pewne rzeczy nie zdarzają się dlatego, że na nie nie zasługuję, tylko dlatego, że czeka na mnie coś lepszego i większego.
W takim zaufaniu chcę wejść w rok 2026. 

Older Posts
Copyright © 2026 Paulina Merz. All rights reserved.