Między głosami – o koncercie „Steczkowska Demarczyk”

Idąc wczoraj do Teatru Słowackiego na koncert „Steczkowska Demarczyk”, nie przypuszczałam, że tuż po godzinie dziewiętnastej zobaczę długą kolejkę zakręcającą do samego budynku. Po średniej wieku mogłabym wywnioskować, że większość ludzi przyszła ze względu na twórczość Demarczyk, ale szybko przekonałam się, że to nie jest jedyna i słuszna prawda.

Przedwczesny zachwyt?
Usłyszałam wśród tłumu zachwyty na temat Justyny Steczkowskiej. Nie chodziło wyłącznie o jej wygląd i wizerunek sceniczny, ale przede wszystkim o głos. Bardzo trafiło do mnie określenie „iskry Bożej”, która zadomowiła się w jej krtani.
Przepiękny teatr, w którym odbywał się koncert, od razu podbił serce przyjezdnych z innych miast i młodszej części publiki. Widać to było po ich reakcjach, robieniu zdjęć i kręceniu filmów, by uchwycić jak największy fragment głównej sali. Przez moment zastanawiałam się, czy ktoś z przybyłych gości miał kiedyś w przeszłości okazję pojawić się dokładnie w tym miejscu, ale na koncercie samej Ewy Demarczyk.

Nie znałam jej
Co do samej artystki, Ewa Demarczyk jest postacią, na którą nie trafiłam w swoim życiu – myślę, że z wiadomych przyczyn. Dlatego jest dla mnie bardziej opowieścią niż doświadczeniem. Raczej wyobrażeniem niż realnym spotkaniem. Coś jednak miało mnie do niej zaprowadzić. A może właśnie nie potrzebowałam czegoś, a kogoś pomiędzy. Kogoś, kto ten świat przetłumaczy na mój język i zrobiła to Justyna Steczkowska.

Z szacunkiem do oryginału
Koncert rozpoczął się przepięknym i niemalże mistycznym wykonaniem utworu „Taki pejzaż”. Justyna najpierw pozostawała w przygaszonym świetle, by widz mógł skupić się bardziej na doznaniach słuchowych, a nie wizualnych. Myślę, że w tym miejscu warto podkreślić, że jej koncert skupiony był na twórczości Demarczyk. Aranżacje, które stworzyła Justyna wraz z Tomaszem Kukurbą i Dariuszem Grelą, wprowadziły nowe i współczesne brzmienie, ale tym samym oryginał został w pełni uszanowany.
Justyna postawiła na minimalizm. Po raz kolejny pokazała, że nie trzeba wielkiego widowiska, by sztuka przez wielkie „S” sama się obroniła. Wystarczy głos i kilka instrumentów, by wprawić widownię w osłupienie i po każdym utworze zebrać gromkie brawa. Koncert nie wymagał konferansjerki, zmiany strojów czy tym bardziej obrazów.

Głos jak dzwon
Utwory były bardzo sensownie podzielone. Po mocnych, wyrazistych utworach jak np. „Grande valse brillante” czy „Karuzela z madonnami” pojawiało się coś spokojniejszego. Co za tym idzie, emocje były bardzo wyważone. To, co z pewnością mnie uderzyło podczas tego koncertu to świadomość tego, jak drobną osobą jest Justyna Steczkowska, a jak jej głos w tych ekspresyjnych piosenkach, a zwłaszcza w „Czarnych aniołach”, wydobywa się z jej ciała. Patrzyłam i słuchałam tego pełna podziwu.

Ból wyrażony głosem
Kolejną rzeczą, która mnie niesamowicie poruszyła i to już tak dosłownie, to było wyrażanie bólu w piosenkach. Mam tu zwłaszcza na myśli „Rebekę” i „Pocałunki”. Te dwa utwory zdecydowanie mnie zmiażdżyły pod względem emocjonalnym. Czułam fizyczny ból i ogromny smutek, które Justyna wyrażała przez słowa i głos. Nie siedziałam zbyt blisko, ale wydawało mi się, że podczas „Pocałunków”, Artystkę ogarnęło nawet mocne wzruszenie i jej oczy się zaszkliły, co tylko zintensyfikowało doznania płynące ze słów „Nie widziałam cię już od miesiąca i nic…”.

Słodko-gorzki ton
Przeciwieństwem do tego czasem podniosłego, a czasem smutnego i pełnego rozpaczy klimatu był na przykład utwór „Jaki śmieszny” – na pozór lekki i przyjemny, czy „Na moście w Avignon”. Dla mnie ta pierwsza aranżacja odzwierciedlała deszcz, który pojawiał się w utworze, a głos Justyny wybrzmiewał tu zdecydowanie lżej. Oczywiście było to tylko złudzenie, którego pozbawiały nas smyczki. To wtedy się ono rozmywało i wraz z głosem Artystki wyrażało bardziej gorzki ton.

Pomiędzy dźwiękiem
Kończąc, chciałabym jeszcze wspomnieć o zespole, który muzykował z Justyną.
Moją szczególną uwagę przykuł Tomasz Kukurba, ale jeśli ktoś czytał o mojej relacji z trasy Era Czarodoro Witch, to już wie dlaczego. Jestem zauroczona jego melizmatami w głosie, a także sposobem, w jaki gra na altówce – mam wrażenie, że gra w nietypowej skali i używa mikroprzesunięć dźwięków, które kojarzą mi się typowo ze wschodnim brzmieniem. Idealnie zgrywa się to z głosem Justyny i twórczością Demarczyk.
Oprócz niego, w zespole byli: Aleksandra Markowicz (skrzypce), Igor Nowicki (klawisze), Piotr Bogutyn (gitara), Michał Burzymowski (bas) oraz Grzegorz Daroń (perkusja). Jak oni wszyscy pięknie czuli muzykę i tworzyli jedność na scenie, wprowadzając nastrój odpowiedni do utworu.
Świat tłumaczony wrażliwością
Ten koncert to nie było spotkanie z Ewą Demarczyk. To było spotkanie z jej światem przetłumaczonym przez wrażliwość Justyny Steczkowskiej.
Może właśnie dlatego było tak prawdziwe i emocjonalne.
